Meksyk

Na drożdżach i bezdrożach

By on 19 stycznia 2019

Meksykanom zazdrościć można wiele: ich pogody ducha, niekończących się fiest czy gorącego klimatu. Ja na każdym kroku zazdroszczę ich dobrze zaprojektowanych i wyprofilowanych autostrad, tak równych, że można na nich prasować koszule 🙂 Dlatego niełatwo było zejść z ich szerokich poboczy i pójść w boczne, polne dróżki, czasami niezaznaczone na żadnej mapie. Oj łatwo nie było, ale to co tam znaleźliśmy wynagrodziło nasz trud i pojękiwania przeciążonego wózka. Chodźcie razem z nami na bezdroża, gdzie nie zawsze łatwo, ale na pewno warto!

2-3.12.2018 Amealco 60 km /// 5688,04 km

Zaraz po przekroczeniu granicy stanu Queretaro, widoki zaczęły przypominać westernowe klimaty. Ziemia spalona przez słońce usłana była skałami i przeorana kanionami. Tylko nieliczne stawy, w których chmury odbijały się jak w lustrach, nie pasowały do hollywodzkiego wzorca Dzikiego Zachodu. Za to nasza dwójka z dziecięcym wózkiem, wyglądająca jak jeźdźcy znikąd, wpisywała się w ten filmowy krajobraz wprost idealnie.

Queretaro welcome to!

Los Caminantes, czyli Wędrowcy, czyli my!
Wymalowany na skale pośrodku niczego koncertowy „plakat”.

Krok po kroku pokonywaliśmy kolejne górki i doliny sinusoidalnej drogi, dochodząc w końcu do San Ildefonso. Znowu nasza karawana przywiozła radość i zdziwienie – część mieszkańców na nasz widok szeroko się uśmiechała, a druga jeszcze szerzej otwierała zaskoczone oczy. Spokój jak zwykle znaleźliśmy na terenie kościoła. I nawet to, że był zamknięty nie przeszkodziło nam tam spać. Przecież wystarczyło podważyć skobelek i już mieliśmy miejsce pod dobudowanym do kościoła daszkiem, z prądem i wodą w zestawie. Nawet sąsiedzi z cmentarza obok byli cisi i bezkonfliktowi.

Droga zaczęła się niebezpiecznie zwężać, a ruch niebezpiecznie zwiększać. I tylko odciski Oli zostały bez zmian. Mijane samochody przejeżdżały tak blisko, że swoją bladą ze strachu twarz widziałem w ich śmigających nam przy łokciach lusterkach. Salwowaliśmy się ucieczką w boczną drogę, gdzie co prawda ruch był mniejszy, a wokół znacznie więcej powietrza, ale jego temperatura z każdym krokiem wydawała się wyższa. Jednak zamiast wgłąb hutniczego pieca, rozgrzany asfalt doprowadził nas do bezimiennej wsi za Amealco. A raczej „rancza”, bo gdy wraz z typem krajobrazu zmieniło się nazewnictwo i wsie przestały być „pueblos”, a zaczęły być „ranchos”. Rolnicy zaś przestali nazywać się „campesinos”, a stali się „rancheros”. Sprzedawczyni, u której ładowaliśmy telefon, obdarowała nas gotowanymi kukurydzami. Reszta mieszkańców najwidoczniej nie chciała być gorsza i w środku nocy postanowiła obdarować nas bólem uszu. Chcąc nie chcąc zostaliśmy zaproszeni na całonocny koncert fajerwerków tuż za ścianą naszego namiotu. Podobno cały ten hałas odbywał się na część Matki Boskiej z Queretaro, ale mi wydawało się, że na część laryngologów z tego miasta.

Warzywniak „Chrystus Król”

Drzewo może i chroniło nas przed spadającymi resztkami odpalanych petard. Ale przed hałasem na pewno nie 🙁

Dzisiaj na śniadanie polowy Masterchef poleca potraktowane przymrozkiem warzywa.
I być może jego mrożone paluszki…

4-5.12.2018 Queretaro 53,8 km /// 5741,84 km

Ruszyliśmy w oparach chłodnej, porannej mgły, ale do Lagunillas dotarliśmy już w palących promieniach popołudniowego słońca. Odpoczywając przed sklepem poznaliśmy przegląd miejscowych, nie zawsze trzeźwych albo o zdrowych zmysłach, indywiduów. Ciężko powiedzieć, czy bardziej nas ciekawili czy męczyli. Za to całkowicie zaskoczył nas proboszcz miejscowego kościoła, którego zapytaliśmy o kawałek podłogi, aby spędzić noc. To, co od niego otrzymaliśmy, znacznie przerosło nasze najśmielsze oczekiwania!

W wielu nietypowych miejscach rozbijałem namiot. Na zakręcie boliwijskiej Drogi Śmierci, czyli najniebezpieczniejszej…

Opublikowany przez Stones on Travel Piątek, 7 grudnia 2018

6-12.12.2018 Queretaro 0 km /// 5741,84 km

W stolicy stanu wpadliśmy w objęcia Ericka i jego dziewczyny Diany, u których zostaliśmy kilka dni. Poznałem go sześć lat temu, kiedy przyjechałem do Morelii w stanie Michoacan na dwumiesięczny projekt wolontariatu europejskiego. Erick śledził kolejne etapy mojej podróży z wypiekami na twarzy! Odliczał kilometry dzielące mnie od Meksyku. I załamał ręce, kiedy zwolniłem i zacząłem iść pieszo… W końcu jednak, po pokonaniu ponad 40000 kilometrów udało nam się spotkać!

Ola zakochana w piekarniku nie dawała mu ani chwili wytchnienia, robiąc kolejne drożdżowe wkłady i wyciągając kulinarne łakocie. Ile byśmy dali, aby taki piekarnik mieć w naszym namiocie…. Wymieniliśmy też moje ekstremalnie porysowane okulary na nowe, i już w jakości HD mogłem oglądać centrum Queretaro. Polubiliśmy je do tego stopnia, że kto wie, może w przyszłości to tutaj rzucimy kotwicę na stałe?

Przechodzimy na dietę pizzowo-plackową. Przynajmniej do Czasu, aż skończą się drożdże, albo moce przerobowe piekarnika.

O tym, że”Queretaro jest zajebi***” mieliśmy się dopiero przekonać

Nazwa meksykańskiego miasta "Querétaro" została oficjalnie wybrana najpiękniejszym słowem w całym języku hiszpańskim….

Opublikowany przez Mexico Magico Blog Środa, 2 stycznia 2019

Portret rodzinny

Razem z Erikiem i Dianą teleportowaliśmy się ich samochodem (tak, podróż samochodem jest dla nas tak szybka, że przypomina nam teleport) do Morelii, czyli miasta, w którym poznaliśmy się przed sześcioma laty. Dobrze było wrócić na ulice, na których zakochałem się w Meksyku. Wspomnień czar…

Rodzina Ericka. 

Ukrzyżowany Jezus w spódnicy z XVIII wieku. Dowód, że muzea, które wydają się być nudne (jak to Muzeum Sztuki Kolonialnej) może skrywać zaskakujące eksponaty

13.12.2018 Queretaro 35 km /// 5776,84 km

Kwestia sporna, na ile można poznać miejsce podczas kilkudniowego pobytu. Dlatego to drugie największe miasto w Meksyku wystawiliśmy na prawdziwą próbę. Wybraliśmy się na trzydziestokilometrowy spacer do Claudii, naszego hosta z Couchsurfingu, która mieszkała na przeciwległym krańcu Queretaro. Po tym morderczym teście stolica stanu oficjalnie dostaje znak jakości Stones on Travel, jako najlepiej przystosowane do poruszania się z wózkiem miasto, jakie zdeptałem! Dopiero na dalekich rubieżach natknęliśmy się na zatkane drogowe żyły, których pokonanie było nie lada wyzwaniem. Brakowało przejść dla pieszych i poboczy, a jedyne kładki, które mogły nas przenieść na drugą stronę rwących i trąbiących metalowych rzek, zamiast wygodnych ramp miały niekończące się schody. Ale dzień bez takich przygód jest przecież dniem straconym! Dlatego zakasaliśmy rękawy, zacisnęliśmy zęby i 47-kilogramowy wózek przenosiliśmy dźwigając na rękach. Ku uciesze i zdziwieniu innych pieszych.

Rzeka samochodów, a mostki przez nią przerzucone jak na złość bez podjazdów

Jak żaby z 8-bitowej gry próbujemy przeskoczyć na drugą stronę. Problem polega na tym, że nie mamy trzech żyć.

Po długiej tułaczce w gościnnym domu Claudii. Ta kobieta to wulkan energii! Część świata zjechała na rowerze, część poznała pieszo. Za kilkadziesiąt lat mieć tyle zapału co ona 🙂

14 – 16.12.2018 San Miquel de Allende 50,2 km /// 5827,04 km

Claudia opowiadała nam o strumyku ciężarówek, które miały tarasować wybraną przez nas boczną drogę prowadzącą do San Miquel de Allende. Albo jej wiedza była mała, albo mieliśmy ogromne szczęście, bo na naszej trasie łatwiej było spotkać żonglującą krowę niż jakikolwiek samochód. Pojedynczy ranczerzy, na widok naszego cygańskiego taboru szybciej poganiali konie i osiołki, pewnie ukradkowo spluwając przez ramię i robiąc znak krzyża. Przecież nie co dzień spotyka się takie strzygi jak my. W ciszy i spokoju szliśmy przez tereny, które ukochali sobie meksykańscy reżyserzy westernów, dając się pokrywać kolejnym warstwom kurzu. Bo to on właśnie, zaraz obok zachwycających widoków, miał się stać naszym towarzyszem przez kolejnych kilka dni. Wieczorami dołączał do nas jeszcze jeden dawno nie widziany znajomy – zimno. Nieproszone zaczęło wchodzić do naszego namiotu w okolicach drugiej nad ranem, rozpychając się i budząc nas bez najmniejszego wstydu.

Jeszcze uśmiechy królują na twarzy, bo miejsce wydawało się wprost idealne do campingu. Mieliśmy być tylko my i kilka odcinków Gry o Tron. Ale w środku nocy do namiotu bez pardonu wtłoczyło się przeraźliwe zimno, uśmiechy te zamrażając. 

Na szczęście w San Miguel de Allende, dzięki gościnności Isai, kolejnego CS-owego hosta, uciekliśmy przed zimnem za drzwi hostelu Panda Viajero, którego jest właścicielem. Byliśmy tam jedynymi gośćmi, więc czuliśmy się jak w domu! Do tego stopnia, że kiedy jednego wieczora zostaliśmy sami, zaczęliśmy odbierać telefony, udzielając informacji o cenach pokoi. Niekoniecznie mając o nich pojęcie…

Isai i pandy.

A potem przyszedł Czas na zwiedzanie samego miasta. Ale o tym, co znaleźliśmy na ulicach, pisała już Ola.

„San Miguel de Allende. 140 000 mieszkańców” i ręcznie dodane”+4″. Wchodząc powinniśmy dodać nasza dwójkę?

„To ptak! To samolot! Nie! To wiedźma lecąca na odwróconej miotle!”

Idealna pamiątka z San Miguel de Allende? Krzyż, a może Zac Efron?

Najlepsze miasto na świecie. Taki tytuł San Miguel de Allende otrzymuje już od dwóch od magazynu "Travel + Leisure"….

Opublikowany przez Mexico Magico Blog Czwartek, 10 stycznia 2019

17.12.2018 San Martin de Terreros 37,2 km /// 5864,24 km

Za to z prawdziwą przyjemnością wróciliśmy na pobocze. Szybko okazało się, że obok tak turystycznego miejsca jak San Miguel de Allende, bez problemu uchowała się biała plama. A może istniała tylko na naszej mapie? Może przypadkowo znalezione przez nas San Martin de Terreros, na naszym planie nieistniejące, na innym zaznaczone jest jako obowiązkowe miejsce do odwiedzenia, z racji na legendarną gościnność mieszkańców? Przygodę, którą tam przeżyliśmy pamiętać będziemy na długo. Chociaż jesteśmy prawie pewni, że mieszkańcy pamiętać nas będą jeszcze dłużej.

Odwracasz się i widzisz znak, mówiący, że droga, którą pokonałeś jest… zamknięta. I zastanawiasz się, czy ostatnich kilkanaście kilometrów całkiem dobrego asfaltu i mijające cię samochody były przewidzeniem.

"Nie ma już białych plam na mapie". Ten kto to powiedział, powinien zobaczyć naszą. W miejscu, gdzie na mapie…

Opublikowany przez Stones on Travel Czwartek, 20 grudnia 2018

Dowód na to, że śniadanie ugotować można w absolutnie każdych warunkach

18-19.12.2018 Silao 56 km /// 5920,24 km

Po kolejnym dniu spędzonym na siłowaniu się ze źle wyprofilowanymi zakrętami, wtoczyliśmy się przed kościół we wsi San Jose del Rodeo. Rozbijając się tam nie wiedzieliśmy jeszcze, że ciszę i spokój przerwie huragan rozwrzeszczanych dzieciaków, bicie w dzwony i procesja rozśpiewanych wiernych, która trzy razy przejdzie zaraz obok naszego namiotu. Jeśli chcieliśmy, aby jak najmniej osób wiedziało o naszym campingu, to raczej nam się to nie udało… W okresie Święta Bożego Narodzenia meksykańskie kościoły zdecydowanie nie należą do najspokojniejszych miejsc.

Kolejny stan – Guanajuato!

Zakłady fotograficzne pełne są takich dziecięcych sesji. Najdziwniejsze nie jest jednak to landszaftowe połączenie ledwo co idącego dzieciaka gonionego przez białego rumaka w kłusie przez łan zboża. Ale te cztery bąble, w których uchwycono od stany emocjonalne dziecka – od radości po płacz. Sam nie wiem, czy bardziej mnie to dziwi czy śmieszy, czy też niepokoi.

Ze śpiewem na ustach i zdziwieniem w oczach na widok naszego domku. 

W Silao meldujemy się po długim i męczącym dniu spędzonym na przebijaniu się przez kolejne polne drogi usłane kamieniami, albo przez pobocza dróg zapchane pędzącymi samochodami. Sami nie wiemy, co wymęczyło nas bardziej. Co prawda prysznic pomógł zmyć pył, ale zmęczenie całkowicie opuściło nas dopiero po dwóch dniach w domu naszych CS-owych hostów – Gio i Fausto. Oprócz przepysznych quesadilli, pokazali nam, że wieczory spędzone nad planszówką przez nas nazywaną Chińczykiem, a tutaj „Nie denerwuj się”, mogą być równie emocjonujące jak przejście przez pole minowe.

Droga do Silao była na tyle trudna…

… że dwa razy musieliśmy oglądać zasypiające miasto, aby w pełni odpocząć.

Gio z lewej, Fausto z prawej, my i Chińczyk

21-26.12.2018 San Francisco del Rincon 63,4 km /// 5983,64 km

Jak mówi staro wietnamskie przysłowie – „Dzień zaczęty od łatania dętki nie będzie dniem dobrym”. W naszym przypadku na szczęście było inaczej. Dętkę szybko zacerowaliśmy i jeszcze szybciej przeszliśmy tego dnia 39,5 km! W planach było co prawda jedynie dwadzieścia sześć, ale droga – prosta, z twardą nawierzchnią, prawie bez samochodów – tak nas zahipnotyzowała, że zapatrzeni zrobiliśmy o wiele więcej niż planowaliśmy. O wiele więcej niż przewidywaliśmy dostaliśmy też na parafii we wsi Jesus del Monte. Księdza Rafaela standardowo poprosiliśmy jedynie o miejsca na rozbicie namiotu, a dostaliśmy łóżko, prysznic, kolację, dostęp do kuchni, a przede wszystkim bardzo mądrą, zajmującą rozmowę. Do tej pory nie mieliśmy pomysłu, gdzie i jak spędzić święta, ale tę niewiadomą ksiądz Rafael też rozwiał, dzieląc się numerem do polskiego księdza pełniącego służbę w Leon. Ksiądz Tomasz słysząc, kim jesteśmy i co tutaj robimy, bez chwili wahania zaprosił nas do swojego wigilijnego stołu!

Ludzie płacą grube pieniądze za spa i maseczki błotne. A wystarczy spróbować przenieść wózek przez małą rzeczkę przecinającą drogę. 

Mural przedstawiający (chyba) Świętego Judę.

Przystanek – California. Chyba przez przypadek założyliśmy siedmiomilowe buty.

Do San Jesus del Monte pędziliśmy na wyścigi z zachodzącym słońcem. Ale na kilometr przed wsią pękła przednia dętka! Na service car liczyć nie mogliśmy, dlatego w taki to widowiskowy sposób, z wysoko podniesionym kołem, wtoczyliśmy się do wsi. Dobrze, że nie spotkaliśmy zbyt wielu mieszkańców, bo ci mogliby stracić wzrok zbyt długo trąc oczy ze zdziwienia.

Ksiądz Rafael

Następne miasto na naszej drodze, San Francisco del Rincon, umościło się w czołówce listy miejsc, które, delikatnie mówiąc, nie chwyciły nas za serca. Najciekawszym zajęciem okazało się obserwowanie z ławki przejeżdżających samochodów i zastanawianie się, który może należeć do mafii. Bo połowa mieszkańców wyglądała przez swój strój, albo jak sobowtórzy Elvisa Preasleya, albo miłośnicy kokainy i ołowianych argumentów. Nasz kolejny Couchsurfingowy host, Diana, na szczęście nie należała ani do jednej, ani drugiej grupy. Za to ofiarowała nam malutki domek na wyłączność, w którym zostawiliśmy nasz wózek i pojechaliśmy zasiąść do wigilijnego stołu w Leon. A stół to był iście polski!

To już trzecia wigilia w drodze! Podczas tej w Argentynie i na najwyższym szczycie Kostaryki, moje myśli leciały hen,…

Opublikowany przez Stones on Travel Środa, 26 grudnia 2018

Samo Leon poznawaliśmy pod opieką Glorii, którą tak jak Ericka, poznałem podczas mojego projektu przed sześcioma laty. Kiedy już przebiliśmy się przez grubą warstwę smogu, odkryliśmy zadziwiająco ładne centrum z wiekowymi budynkami i równie zaskakującymi ulicznymi przekąskami. Pierwszy raz spróbowaliśmy… rosołu z niedźwiedzia! To chyba jedyny taki rosół na świecie, który jeść mogą wegetarianie, a nawet weganie i frutarianie. Bo to nic innego jak drobno posiekane owoce i warzywa, z serem, solą i innymi przyprawami wedle uznania. Pałaszując ten smaczny kubełek witamin, szybko przestaliśmy zastanawiać się nad jego absurdalną nazwą.

Kiedy przebiliśmy się w końcu przez grubą warstwę smogu…

… okazało się, że starówka Leon jest naprawdę ładna!

Zbychu z lwią fontanną w tle, czyli jednym z symboli miasta Leon

Rosół z niedźwiedzia w trakcie przygotowywania…

… i w naszych rękach gotowe do spożycia. 

Gloria ze swoją rodziną i z nadaktywnym psem Tobim, nazywanym przez nas pieszczotliwie Szczurem.

27.12.2018 Bezimienna osada pomiędzy San Diego de Alejandria i San Julian 32,3 km /// 6015,94 km

Meksykańską stolicę sobowtórów Elvisa zostawiliśmy za sobą, stając twarzą z twarz z serią stromych pagórków i huraganowych podmuchów wiatru. Smagani nim jak pejczem przeszliśmy pod tablicą wyznaczającą koniec stanu Guanajuato, a początek światowej stolicy tequili – Jalisco. Ten znany trunek ze sfermentowanej agawy pod taką nazwą legalnie wytwarzać można tylko w stanie, do którego właśnie weszliśmy. Dowodem na to był nie tylko diametralnie zmieniający się krajobraz, ale i sklepowe półki. Bo wystarczyło przejść raptem kilkaset kroków, żeby zatopić się w niekończący się, zielononiebieski ocean rosnącej absolutnie wszędzie agawy. Zaś przed wejściem do sklepów lepiej było wziąć głęboki oddech. Nie tylko dlatego, że można było się utopić w morzu butelek wypełnionych dziesiątkami rodzajów tego wysokoprocentowego symbolu Meksyku, ale i upić samymi oparami. Za to na pustawych półkach ze świecą szukać było jednej, nawet najbardziej zakurzonej paczki makaronu. Wywołało to mały kryzys głodowy nie tylko u nas, ale i w zamkniętej na cztery spusty włoskiej restauracji. Najwidoczniej mieszkańcy przez lata alkoholowej ewolucji, przerzucili się na przyjmowanie wyłącznie wysokoprocentowych posiłków płynnych.

Do zobaczenia Guanajuato! Witaj Jalisco!

Godziny otwarcia w tym sklepie to najlepszy dowód na to, że Czas w Meksyku to pojęcie względne.
„Otwieramy, kiedy przychodzimy. Zamykamy, kiedy wychodzimy”

Razem z hulającym wiatrem ulatywała z nas energia, dlatego jak pies na szynkę, rzuciliśmy się na kilka rozsypanych bez ładu i składu budynków, szukając miejsca na noc. Łatwiej było znaleźć tutaj kaktusa rosnącego na masce starego Forda i porywy hulającego wiatru, niż żywego człowieka. Miasteczko-widmo! Dlatego na widok kościółka, który mógł nas ochronić przed wichurą, podskoczyliśmy ze szczęścia. A może ze zmęczenia nogi same się pod nami ugięły? Tak czy siak, względnie spokojny sen się przydał, bo przez następne dwa dni, mieliśmy przedzierać się przez prawdziwe piekło bezdroża.

28 – 29.12.2018 Capilla de Guadalupe 66,1 km /// 6082,04 km

Kiedy ze śpiewem na uśmiechniętych ustach wchodziliśmy na boczną, polną dróżkę, nie wiedzieliśmy jeszcze, że te uśmiechy znikną pod grubą warstwą kurzu, a zamiast piosenek towarzyszyć nam będzie jedynie chrzęst kamieni i postękiwanie wózka.

Dowód na to, że włóczęga z doświadczeniem i dobrą mapą jest wart więcej, niż dziesięciu lokalsów z "dobrymi"…

Opublikowany przez Stones on Travel Niedziela, 30 grudnia 2018

Dzwonnicy katedry w Santa Maria del Valle wyglądaliśmy jak zbawienia

Kolejny dzień był istnym deja vu. W założeniu szybki i łatwy, zamienił się w mordercze zapylone i kamieniste 26 kilometrów, po pokonaniu których czuliśmy się jak po przejściu grubo ponad czterdziestu. I znowu ciszę, która zapadła pomiędzy mną a Olą, przerywało jedynie smutne pojękiwanie przeciążanego wózka. Nawet kolor agawowego morza, przez które z takimi trudnościami płynęliśmy, nas nie uspokajał. Tak mocno marzyliśmy o kawałku prostej drogi, że oczy podsuwały nam na horyzoncie fatamorganę asfaltu.

Wjeżdżając do części meksykańskich miasteczek, przejeżdża się pod takimi powitalnymi bramami z sentencją. Niekiedy poważną i wzniosłą, a Czasami taką, że nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. Miasto Arandas na swojej bramie umieściło hasło: „Biedna ziemia, ludzie pracowici”. Po hiszpańsku i w łacinie.

Zmęczenie razem z kurzem opadło z nas dopiero przed kościołem w Capilla de Guadalupe. Czekając na księdza, mieliśmy wystarczająco dużo Czasu, żeby zauważyć, że to miasteczko jest wyjątkowo… białe! Mieszkańcy wyglądali jak teleportowani ze starego kontynentu. Wiatr rozwiewał im blond włosy, a kapelusze chroniły białą skórę. Sklepikarz, który mógłby spokojnie sprzedawać w moim osiedlowym sklepiku w Polsce, opowiedział o falach migrantów z Grecji, Francji i Hiszpanii. To oni wybielili miasteczko, a nas zmusili do zastanowienia, czy ze zmęczenia nie mamy wzrokowych omamów.

Dzień się skończył, a my nadal trzęśliśmy się z zimna przed kościołem wypatrując księdza. Czekać jednak się opłacało, bo naszą prośbę skwitował krótkim „Poczekajcie”, a po chwili dostaliśmy na wyłączność cały ośrodek misyjny z kilkudziesięcioma pokojami i gigantyczną kuchnią!

Który pokój wybrać? Sam nie wiem, czy gorszy był brak wyboru, czy zbyt dużo możliwych wyborów 😀 (że co?)

W końcu znaleźliśmy nasze Double-Double-Double King Size Bed!

30.12.2018 Tierras Coloradas 41,6 km /// 6123,64 km

Kolejny dzień przyniósł kolejny rekord Oli. 41,56 kilometra! Wynik tym bardziej imponujący, bo wyśrubowany w niełatwych okolicznościach przyrody. Wężyk samochodów zatykał jezdnie bez pobocza, dlatego przed przerobieniem na naleśniki, salwowaliśmy się ucieczką w przydrożne chaszcze. Przy okazałej pomocy bocznego wiatru, który złośliwie dawał nam do zrozumienia, że nie na asfalcie jest nasze miejsce.

Wiatr i ruch zmusiły nas do zejścia z asfaltu na drogę trzeciej kategorii. Albo raczej drogę poza jakąkolwiek kategorią

Ale jak widać nie tylko my zjechaliśmy z głównej drogi

31.12.2018 – 02.01.2019 Zapotlanejo 24,8 km /// 6148,44 km

Stary rok pożegnaliśmy w Zapotlanejo, w domu Lisy, naszego hosta z Warmshowers. Była grupa jej znajomych i sąsiadów. Były przepyszne wypieki męża Lisy. A potem zamiast nocy w zimnym namiocie, ciepło domowej spiżarki i magazynku, w którym się umościliśmy. Z ogródka przegoniła nas nie tylko temperatura, ale też sąsiedzi, którzy północ tradycyjnie witają salwami ze swojej domowej artylerii. Nie chcieliśmy znaleźć się na linii strzału pijanego Meksykanina, dlatego spiżarka była dla nas prawdziwym rajem.

Zaś nowy rok przywitaliśmy już w Guadalajarze, brzmiącej i pachnącej całonocną imprezą. Ale to kogo tam spotkaliśmy, i jakie przygody przeżyliśmy – w kolejnym odcinku.

TAGS
RELATED POSTS

SOCIAL COMMENT

LEAVE A COMMENT