Meksyk

Jak ryby w asfaltowej rzece

By on 15 lutego 2019

Z nowym rokiem podjęliśmy decyzje o zmianie dróg, którymi będziemy się szli. Bo po różnych już chodziliśmy. Były drogi górskie, jednopasmowe i powykręcane jak spaghetti. Były polne, zakurzone i pokryte tnącymi kamieniami. Były takie prowadzące przez rzeki i łany traw. Dlatego w autostradowym poboczu płaskim jak stół zakochaliśmy się od pierwszego kroku. Chociaż przyznać trzeba, że miłość to niełatwa.

Z jakimi nowymi wyzwaniami musimy sobie radzić, jakie zapomniane przez Boga, ludzi i sieć wodociągów miejsca odwiedzamy, i jakich niezwykłych ludzi na poboczu nowej drogi spotkaliśmy – do przeczytania poniżej! Załóżcie czepek i wskoczcie razem z nami w autostradową rzekę!

1-9.01.2019 Guadalajara 57,1 km /// 6205,54 km

Nowy Rok przywitaliśmy już zaraz przed Guadalajarą, do której wchodziliśmy 1 stycznia rano, gdy wciąż brzmiała i pachniała sylwestrową imprezą. Nieświadomi przeszliśmy przez dzielnice, w które raczej nie powinniśmy się zapuszczać. Na szczęście lekko wczorajsze grupki podejrzanych typków jeszcze – albo znowu – pijących na ulicach, niespecjalnie zwracały na nas uwagę. Chociaż my na nich i owszem, co męczyło strasznie, bo podsuwało scenariusze niekoniecznie kończące się dla nas happy endem.

Korzystając z raczej niewielkiego ruchu przeskakiwaliśmy przez kolejne dzielnice, jedną noc spędzając w domu Citlalli, którą znaleźliśmy na Warmshowers, a kolejne już w domu Artura, znajomego Oli.

Tak ogromne metropolie zawsze pokonujemy ogromnym kosztem. To wysiłek nie tylko czysto fizyczny – z racji na skrzyżowania, podjazdy, krawężniki, dziury i śmieci mogące przebić opony – ale i psychiczny. Hałas, spaliny, pędzące samochody, tłumy ludzi i wystające na skrzyżowaniach podejrzane typy. Ale z drugiej strony więcej rzeczy – szyldów, sklepików, pomników – przykuwa nasz wzrok. Jest gęściej, ale przez to intensywniej i ciekawiej. I tylko pieszo zobaczyć można, jak diametralnie różnią się dzielnice oddalone od siebie zaledwie o szerokość ulicy.

O spotkanych w Guadalajarze ludziach i przeżytych z nimi przygodach pisałem już na Facebooku:

Guadalajara połknęła nas w całości. To druga pod względem wielkości metropolia w kraju i przebicie się przez nią…

Opublikowany przez Stones on Travel Piątek, 11 stycznia 2019

Kolejne buty trafiają na cmentarzysko starego obuwia

10-11.01.2019 Amatitán 43,7 km /// 6249,24 km

Guadalajara jak gigantyczny magnes przyciąga ludzi z całego świata. Ale tak łatwo już ich ze swoich objęć nie wypuszcza. Dlatego wyrwanie się z okowów przedmieść, na których zakopaliśmy się w bocznych dróżkach, było nie lada wyzwaniem. Łatwiej byłoby przerobić nasz wózek na drezynę, niż przepychać się ścieżkami ciągnącymi się wzdłuż torowiska. Ale kiedy poczuliśmy w końcu asfalt pod stopami, rozpędziliśmy się do prędkości światła! Na nieoznakowanym zjeździe z autostrady, który znaleźliśmy wcześniej dzięki zdjęciom satelitarnym (Google Maps – dzięki za pomoc!), przystopowała nas betonowa barykada. Ale nawet spektakularne przerzucanie wózka przez te zaporę nie powstrzymało Oli przed zrobieniem tego dnia nowego rekordu – ponad 43 kilometry!!! Wchodząc  w Amatitánie do domu Rubéna, znajomego naszej koleżanki, zmęczone nogi złożyły się pod nami jak scyzoryki.

To drezyna! To lokomotywa! Nie! To Arek pchający wózek!

 

Tego na zdjęciach satelitarnych nie było!

„Amatitán. Kolebka tequili”. A nie sąsiednia miejscowość Tequila? Zdziwiło to nie tylko nas, ale jak widać po wyrazie twarzy, też samą agawę.

Rubén, w pomarańczowej koszuli, ze swoimi współlokatorami, a zarazem kompanami z pracy. No i z dwójką włóczęgów z Polski.

Następnego dnia dokonaliśmy rzeczy co najmniej niezwykłej – byliśmy w miasteczku Tequila i nie spróbowaliśmy tequili. Ale po co pić skoro samo oddychanie w tym miejscu grozi upiciem się. Słodkie opary fermentującej agawy wypływają z kilkunastu gorzelni rozrzuconych w ścisłym centrum. Snują się ładnymi uliczkami, zamieniając je w lepką pułapkę. Na którą, trzeba przyznać, wielu turystów się łapie zakochując się w miasteczku na zabój.

Gdy weszliśmy do stanu Jalisco, krajobraz zmienił się momentalnie. Góry, lasy, doliny – wszystko zamieniło się w…

Opublikowany przez Mexico Magico Blog Piątek, 25 stycznia 2019

Zbychu lubi czasami zajrzeć do kielicha.

12.01.2019 Magdalena 32,3 km /// 6281,54 km

Wychodzimy z Amatitánu i próbujemy znaleźć swoje miejsce na jednopasmowej drodze. Nie wiemy, czy patrzeć na prawie muskający nas wężyk samochodów z jednej strony, czy hipnotyzujące swoją niebieską barwą morze agawy z drugiej. Zastanawiam się, czy większym cudem było to, że nie nabawiliśmy się rozbieżnego zeza, czy że w jednym kawałku doszliśmy do miasteczka Magdalena. A tam czekał już na nas Carlos, host z Couchsurfingu.

Mieszkańcy centralnego Meksyku musieli sprostać nie lada problemom z brakami paliwa. Wszystko przez kontrowersyjną decyzję nowego prezydenta w sprawie walki z nielegalnymi złodziejami benzyny. Kolejki ciągnęły się przez całe kilometry, a żeby uniknąć zamieszek i malwersacji, stacje pilnowane były przez policje.

Można oczywiście było skorzystać z takiego, polowego punktu sprzedaży paliwa. Wystarczy podjechać i zatrąbić, a właściciel baniaków wyskoczy z krzaków i wypełni bak. Albo kupi od kierowcy paliwo, jeśli temu akurat go zbywa 🙂

Carlos, który ugościł nas iście po królewsku, to przykład hosta idealnego. Żalił się trochę, że chociaż otworzył swoje couchsurfingowe konto już kilka lat temu, i jest jedyną osobą w miasteczku, które takie ma, to nikt jeszcze do niego nie przyjechał! To najlepszy dowód na to, że odwiedzamy miejsca naprawdę znajdujące się poza turystycznym szlakiem.

Carlos opowiedział nam o przygranicznej Tijuanie, do której zmierzamy nie tylko my, ale i całe rzesze imigrantów z południa. Razem ze swoimi znajomymi przygotowuje on specjalne paczki żywnościowe, które potem przekazują tym, którzy swojego szczęścia szukają w Stanach Zjednoczonych, a ich droga przebiega przez Magdalenę. A trzeba przyznać, że jest ich co nie miara. To między innymi przez to miasteczko przejeżdżają osławione Bestie, czyli pociągi towarowe, którymi dojeżdżają tutaj ludzie z całej Ameryki Centralnej.

13.01.2019 Estación Barrancas 37,4 km /// 6318,94 km

Po całych dniach spędzonych na wąskich, jednopasmowych dróżkach, albo polnych, kamienistych ścieżkach, zakochaliśmy się w szerokim poboczu autostrady. Przykleiliśmy się do niej jak muchy na lep i za nic nie chcieliśmy tej asfaltowej tasiemki opuszczać. Jak zahipnotyzowani doszliśmy nią do miniaturowej stacji kolejowej i kilkunastu rozrzuconych wokół niej chałup. Trójka spotkanych na torowisku chłopaków twierdziła, że łatwiej policzyć jest te zamieszkane niż opuszczone domy. Od poniedziałku do soboty mieszka tu już tylko 5 rodzin. W niedziele liczebność wsi zwiększa się za sprawą księdza odprawiającego msze. Okazyjnie, choć zazwyczaj tylko na kilka sekund, liczba ludzi we wsi zwiększa się przez pociągi wiozące imigrantów z południa na północ. No i takich podróżników jak my, którzy uciekając przed deszczem, otwierają sobie wrota kościoła i chowają się pod jego skromny daszek.

Takie znaki lubimy najbardziej – 26 kilometrów zakrętów i ostrych spadków. Czas pożegnać się z górami i powitać wybrzeże!

Kolejowe miasteczko-widmo. Pod daszkiem podsypiając czeka na Bestię migrant z Ameryki Centralnej.

Nasz nocleg za kościelną furtą i pod parafialnym daszkiem.

14.01.2019 Jala 33,3 km /// 6352,24 km

Idąc do miejscowości Jala zrobiliśmy kawał roboty za służbę sprzątającą autostradę. Mam wrażenie, że opony naszego wózka zbierały każdy, najmniejszy kawałek metalu. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że na odcinku dwudziestu sześciu kilometrów nasze dętki pękły aż trzy razy?

Za to nie pękliśmy my i o zmierzchu, wylewając siódme poty na kocich łbach, którymi z sadystycznym zamiłowaniem wykładane są ulice meksykańskich miasteczek, dotoczyliśmy się pod drzwi kościoła. W kancelarii Ola nie zdążyła opowiedzieć do końca co robimy, a już znalazła się dla nas parafialna salka, przepierka i ciepły prysznic!

15.01.2019 Tequepexpan 24,1 km /// 6376,34 km

„Dawnośmy w górach nie byli!” krzyczą nasze ciała, kiedy wspinamy się na kolejne wulkany. Odzwyczailiśmy się od zwyżek, nie ma co. Ale żeby nie wyjść z wprawy trawersowania niecodziennych przeszkód, schodząc z autostrady przerzuciliśmy 47. kilogramowy wózek przez płot z drutu kolczastego. Przy okazji wywracając jego zawartość. Zdjęć z tego wiekopomnego wydarzenia nie ma, ale zostanie ono już na zawsze w pamięci naszej i bacznie obserwujących nas koni.

Wokół same wulkany i wyplute przez nie wulkaniczne skały. Jak dobrze, że nie musimy przez nie przechodzić.

Po błocie i drutach kolczastych, asfalt nawet w tak kiepskim stanie, powitaliśmy jak zbawienie.

We wsi Tequepexpan spaliśmy w cieniu kościelnej dzwonnicy i ściany różnokolorowych skrzynek na sprzedaż (było ich tyle, że każdy mieszkaniec tej wsi mógł dostać trzy na głowę). Zadbano o nasz cień, zadbano też o naszą pobudkę. O piątej rano na dziedzińcu zapłonęło ognisko, zabiły dzwony, a w niebo razem z modlitwami poszybowały dziesiątki petard. Nie pytajcie dlaczego, bo zanim skleiliśmy się w jeden kawałek całe zgromadzone towarzystwo rozeszło się do domów. Zostaliśmy tylko my z szeroko otwartymi oczami.

16 – 20.01.2019 Tepic 50,6 km /// 6426,94 km

Z autostrady zeszliśmy w boczną drogę tylko na kilka kilometrów, ale już po pierwszych krokach przypomnieliśmy sobie, dlaczego pokochaliśmy pobocza tej pierwszej. Bo istnieją! Na naszej nowej ścieżce za to nie było ich ani na krztę. Tylko pędzące samochody z wygrażającymi nam kierowcami. Dlatego pod urząd gminy we wsi La Labor wtoczyliśmy się rozedrgani jak galaretki. Rozsiedliśmy się z urzędnikami przed wejściem, trzęsące się dłonie paradoksalnie uspokajając kubkami podarowanej kawy. Oni z otwartymi oczami słuchali naszych opowieści, a my z szerokimi uśmiechami wspomnień ich pielgrzymkowych odcisków. Po nocy spędzonej prze bibliotece wyskoczyliśmy z powrotem na autostradę i wtoczyliśmy się pod dom Jorge, naszego hosta w Tepic.

Biblioteka w La Labor i jego dobudówka – nasz namiot.

Widoki na drodze bez pobocza przerażały, ale te widziane z drogi uspokajały

Jorge – człowiek orkiestra. Śpiewa, gra, gotuje i operuje, bo jest chirurgiem z wieloletnim doświadczeniem. Człowiek o nieskończonych pokładach energii! Samo przebywanie w jego otoczeniu powoduje ładowanie się wewnętrznych baterii 🙂

Jorge to Host przez duże H. Obwiózł, poopowiadał i ugościł jak królewską parę. Za to nam ciężko było opowiedzieć coś nowego o Polsce, bo Jorge był już w naszym kraju podczas konferencji medycznej w Lublinie (znalazł wtedy nocleg właśnie na Couch Surfingu!). Za to mogliśmy przetłumaczyć mu polskie napisy, które uwiecznił na pamiątkowych zdjęciach. Jak na przykład tabliczkę zawieszoną gdzieś na płocie, a informującą, że to „Wejście nieczynne”. Jak widać nie tylko budynki czy przyroda mogą być interesujące dla turystów.

Nasz gospodarz pokazał nam nie tylko miasto, ale też całkiem nieodległe wybrzeże. Oj dawno go nie widzieliśmy, więc zapach bryzy wciągaliśmy z równą przyjemnością, jak aromat wybornych owoców morza, na które zostaliśmy zaproszeni. I na które bez zaproszenia, co tu dużo pisać, stać by nas na pewno nie było.

Z Jorge, jego partnerką Loreną i mamą…

… podziwiamy widoki …

… i zawartość talerzy.

21-22.02.2019 Autostradowa bramka niedaleko Ruiz 65,5 km /// 6492,44 km

Wymykamy się z Tepicu i atakujemy ostatnie wzniesienia dzielące nas od wybrzeża. Za to z każdą pokonaną górką, nas atakują fale upałów. Wieczory może i były chłodniejsze, ale na pewno nie cichsze. Czemu się dziwić skoro jednej nocy rozbiliśmy się 10 metrów od drogi, w otoczeniu całodobowych restauracji i wulkanizatorów, a drugiej na autostradowej bramce. Jak chcąc nie chcąc dołączyliśmy tam do strajkujących mieszkańców okolicznych wsi – do przeczytania poniżej.

„Zbliżamy się do Mazatlanu!”

Ale po kilku godzinach marszu, według znaków… cofnęliśmy się o dwadzieścia pięć kilometrów!

Pod wieczór znaki informowały nas, że do celu przybyło nam kolejne kilometry! Albo droga z nas żartuje, albo idziemy w złym kierunku.

Rozbici przed kościołem i po całonocnym harmidrze za płotem doszliśmy do wniosku, że musimy lepiej dopytywać o godziny otwarcia barku naszych sąsiadów

Dołączyliśmy do akcji protestacyjnej na autostradowej bramce 🗣⛔ 🛣Mieszkańcy kilku pobliskich wsi ot tak, przyszli,…

Opublikowany przez Stones on Travel Wtorek, 22 stycznia 2019

23 – 24.01.2019 San Felipe Aztatán 62,6 km /// 6555,04 km

Wstajemy o 5 rano. Chcemy przejść możliwie dużo zanim zaspane słońce zorientuje się, że jesteśmy już na poboczu, i obierze nas za cel swojego słonecznego działa. Jak na froncie unikamy ostrzału, robiąc szybkie skoki pomiędzy kolejnymi wiaduktami, które są jedynymi zacienionymi miejscami na autostradzie. Możliwie szybkie skoki, bo jedną plamę cienia od drugiej dzieli często ponad dziesięć kilometrów asfaltu tak rozgrzanego, że aż klejącego się nam do butów.

Wstawanie o świcie ma swoje plusy – piękne widoki

Chociaż już maszerowanie poboczem przyprawiało nas o dreszcze. Nie tylko z powodu temperatury, ale widoczności. A raczej jej braku.

Szukając cienia.

Autostrada ze skąpstwem dzieląca się cieniem i wodą, a do tego okolona drutem kolczastym oddzielającym nas od wsi, zaczyna przypominać więzienie. Na szczęście nie ma takiego więzienia, z którego nie da się uciec. Meksykanie nie będą nadrabiać kilometrów do najbliższego wjazdu, tylko… przecinają zasieki, wyrąbują barierki i robią swoje prywatne zjazdy, z których i my ochoczo korzystamy. Po drugiej stronie kolczastego drutu zawsze trafiamy na magiczne w swojej prostocie wioski. Tak jak Zomatlan czy Potrerillos, które spokojnie mogą aspirować do najbardziej zakurzonych i wysuszonych w Meksyku. Zakurzone twarze i zakurzone myśli. Ale serca mieszkańcy mają czyste. Czas przestaje tu istnieć, tak jakby naniesiony przez wiatr pył zatrzymał tryby zegara. Obserwujemy mężczyznę, który czekał przez cały dzień na fryzjera, który nigdy nie przyjechał. Mieszkańców wierzących, że sygnał sieci telekomunikacyjnej złapią tylko wtedy, gdy trzymać będą metalowy filar dachu oceniającego boisko. Starszego pana z megafonem, przez który nadaje płatne komunikaty (20 pesos – ok 4 złote – za komunikat). Aby przekaz trafił do wszystkich, obraca on rurę z zamontowaną tubą, kierując ją na wszystkie strony świata. Jego komunikat słychać wszędzie, ale czy wszędzie da się go zrozumieć, to inna sprawa. Dla nas reklama stoiska z napojami brzmiała jak wołanie japońskiego szoguna. Do wydarzenia dnia urągał zaś pies, który chciał ukraść chleb z naszego wózka. Zapewne mieszkańcy opowiadali sobie o tym przez kolejne dni.

Takie miejsca zmuszają do zastanowienia, jak to jest, że część ludzkości pędzi na złamanie karku przez kolejne kontynenty, myślami wybiegając całe lata do przodu. A dla innych świat zamyka się do malutkiej wsi, a pojęcie Czasu wyłącznie do chwili obecnej.

Wypatrujemy ich jak zbawienia. Wiadukty. Chociaż tak jak tutaj, czasami to po prostu daszki wybudowane bez dojazdu ani z jednej, ani z drugiej strony.

A pod wiaduktem znajdujemy nie tylko cień, ale i nowych znajomych. Drogowcy zaprosili nas najpierw na wspólny posiłek, a potem siestę.

Każdy daszek na wagę złota. Nawet taki, które swoje najlepsze lata ma już za sobą.

„Najbliższy przystanek za 50 km”. Patrzymy na siebie i nerwowo przełykamy ślinę.

Jeśli takową ślinę mamy, bo wody na poboczu ze świecą szukać. Czasami jej braki są tak dotkliwe, że chcemy wyciskać znaki.

Uciekamy z tego autostradowego więzienia. Czasami przez barierki…

… a czasami przez drut kolczasty.

Jednoosobowa stacja nadawcza we wsi Zomatlan. Siła tych megafonów jest niesamowita!

Wchodząc do San Felipe Aztatán przemykamy przez prowizoryczny punkt poboru opłat. Dwóch starszych panów pobiera dziesięcinę za przejazd po drodze prowadzącej do wsi. Dlaczego? Bo państwo co prawda wybudowało autostradę, ale zapomniało o obietnicy wybudowania do niej dojazdu. Dlatego mieszkańcy wzięli sprawę w swoje ręce, wybudowali trakt i teraz pobierają za jego utrzymanie opłatę. Proste!

Polowy punkt poboru opłat

I oficjalny cennik. Na szczęście naszego wózka nie można było zakwalifikować do żadnej z tych kategorii.

Czy ta droga naprawdę prowadzi do wioski?

Tak samo proste było znalezienie we wsi rodziny Fabela, do których kontakt dał nam Jorge z Tepicu (jeśli dobrze zrozumieliśmy, była to rodzina siostry męża jego siostry). To u nich mieliśmy się zatrzymać. Wystarczyło zapytać w bibliotece o „Carmen, żonę Martina” i już mieliśmy komplet wskazówek, jak tam dotrzeć. To najlepszy dowód na to, że małe wsie są jak duże rodziny. Wszyscy się tu znają. I wszyscy wiedzą o sobie wszystko 🙂

Rodzina Fabela. Zdjęcie robione przed wyjściem o szóstej rano, a calutka rodzinka już na nogach! 

25.01.2019 Ojo de Agua de Palmillas 40,3 km /// 6595,34 km

Obciążeni workiem konserw podarowanym przez naszych gospodarzy, i drugim pełnym owoców, od kierowcy mijanej ciężarówki, wtaczamy się do Ojo de Agua de Palmillas. Policjanci, których Ola pyta, czy i gdzie możemy rozbić nasz namiot, patrzą na nią jak na kosmitkę. Blondynka, która mówi po hiszpańsku? Jest z Polski? I w dodatku idzie pieszo przez Meksyk? To już było dla nich za dużo. A nie powinno, bo Daniel, który do nas podszedł i zaproponował, że nasz namiot możemy rozbić na jego placu budowy, opowiedział nam o kilku rowerzystach, których w taki sam sposób spotkał na placu. Ich zaprosił pod dach starego domu swojej siostry, więc my byliśmy pierwszymi, którzy spali w nowym domu. Co prawda jeszcze niedokończonym, bo bez dachu, ale tym samym był to nie 5-gwiadkowy nocleg, ale „hotel” tysiąca gwiazd.

Daniel, który ugościł nas w swoim tysiącgwiazdkowym hotelu.

26 – 29.01.2019 Mazatlan 129,4 km /// 6724,74 km

Nowy stan, Sinaloa, witamy gubiąc wężyk do pompki. Wydawać się może, że rzecz to zwyczajna i mało porywająca, ale nowego szukać będziemy przez kilka kolejnych dni. Przez to poznajemy w Escuinapie, Krewetkowej Perle – jak głosi hasło na bramie wjazdowej do miasta, Manolo, który pozwala nam spać w otoczeniu wiązanek swojej kwiaciarni. Jak spędziliśmy noc? Zobaczcie sami poniżej!

Witaj stanie Sinaloa, kolebko meksykańskiej kultury przemytniczej!


ponsorami dzisiejszego odpoczynku są: Najświętsza Maryjka z Guadalupe, stara opona od pobliskiego wulkanizatora oraz skrawek cienia rzucany przez niedobudowany wiadukt, na który nigdy już chyba nie będzie dało się wjechać.

Escuinapa. Krewetkowa Perła.

 

Rowerowe miasto, a znalezienie wężyka do pompki graniczy tu z cudem. Znalezienie samej pompki zresztą też.

Za to łatwiej spotkać tu cudownych ludzi. Takich jak Jose Antonio, lokalny szef wszystkich szefów, którego wszyscy nazywają tu Tony Toledo. Od pierwszej sekundy, kiedy do nas podszedł, traktował nas jak starych znajomych! 

Albo cudowny Manolo, który pozwolił nam spędzić tę noc w swojej kwiaciarni. 

Bed and Breakfast at the Market, czyli po naszemu – spanie i śniadanie na straganie.

Noclegów szukaliśmy już w różnych miejscach. Były kościoły, remizy strażackie, posterunki policji i cmentarze. Ale okazało się, że miejskie targowiska są równie fajne! Nie wychodząc z namiotu można kupić tacos, bukiet kwiatów czy udziec wołowy :)Zobaczcie, gdzie spaliśmy, jak na co dzień przygotowujemy śniadania i co jemy. Innymi słowy: Bed and Breakfast at the Market, czyli po naszemu – spanie i śniadanie na straganie 🙂

Opublikowany przez Stones on Travel Środa, 30 stycznia 2019

Swoją drogą to ciekawe, że w mieście aspirującym do miana rowerowej stolicy kraju, nie można kupić ani wężyka ani racjonalnych rozmiarów pompki. Wszystkie dostępne są ciężkie i tak wielkie, że spokojnie można by nimi pompować opony ciężarówek. Z tego powodu, przez kolejne dwa dni trzymaliśmy kciuki, żeby nie przebiła nam się dętka. I już wypuszczaliśmy wstrzymane z nerwów powietrze widząc na horyzoncie Mazatlan, stolicę stanu, kiedy to samo postanowiła zrobić nasza opona… Kilka kolejnych kilometrów pchałem wózek na dwóch tylnych kołach. I w taki widowiskowy sposób nasza karawana absurdu wtoczyła się do miasta. A co i kogo tam spotkaliśmy – w kolejnym wpisie.

Miejsca gdzie ktoś zginął w wypadku samochodowym, w Polsce niekiedy upamiętnia się stawiając krzyż. W Meksyku wyrastają całe instalacje odzwierciedlające upodobania, charakter, a nawet zawód zmarłego. Ten najwidoczniej pracował przy liniach wysokiego napięcia.

Niektórym kierowcom nie wystarcza pozdrowienie nas mignięciem światłami, czy trąbnięciem. Niektórzy nadrabiają dla nas drogi, aby się zatrzymać, porozmawiać i podarować coś słodkiego na drogę. Tak jak Dennis ze zdjęcia. Piękne!

„Ej, sówka! Idziesz z nami?”

Nocleg w Ejido Caleritas wypadł nam pod dachem kościoła.

I tylko pod jego dachem, bo w środku wyłącznie hulał wiatr

Szukając skrótu do Mazatlanu. Tam gdzie samochody już nie mogą, my jak najbardziej!

 

TAGS
RELATED POSTS

SOCIAL COMMENT

LEAVE A COMMENT