Panama

Samochodem, łodzią, na piechotę. Niesiemy dzieciakom święta!

By on 13 grudnia 2017

1.12.2017 Boquete. 28,5km /// 529,54km

W drodze do Boquete znalazłem idealną miejscówkę na nocleg we wsi Caimito. Kościółek z zadaszeniem i kranikiem, a zaraz obok na boisku gniazdko! Ładuje telefon i tradycyjnie pierwsze podbiegają dzieciaki, a potem i starsi z darami jak dla konkwistadora – pomarańcze, szynka, chleb i informacja, że sąsiad ma nie zabezpieczone wifi 😀

Te góry mnie wykończą!

2.12.2017, Boquete. 47,2km /// 577,14km

Skończyły się wakacje i zaczęła moja prywatna Golgota. Cały Czas, jednostajnie prostolinijnie, do góry. Wolałem wbić oczy w buty niż łamać się za każdym razem kiedy je podnosiłem. Do tego ten cholerny wiatr! Czym wyżej tym wiał silniej w oczy. I wisienka na torcie – burzowe chmury! Jak Syzyf pcham swój wózek robiąc uniki pomiędzy pierwszymi kroplami deszczu. Wypacając się jak w saunie miałem wystarczająco dużo Czasu żeby rozkminić co zrobić z wózkiem przed atakiem na szczyt wulkanu Baru. Mogłem spać pod namiotem i rano szukać sklepu albo hostelu, który chciałby przyjąć mój domek na kółkach. Oszczędziłbym kasę ale stracił o wiele cenniejszy Czas na wdrapanie się na szczyt przed deszczem. Mogłem też od razu wykupić noc w hostelu, zostawić graty i ruszyć o północy na szlak. Ta opcja wygrała i po 3 godzinach snu w pościelonym łóżku ruszyłem w trampkach zdobyć najwyższy szczyt Panamy.

Siedziba Radia Chiriqui. OGROMNA działka i miniaturowy budyneczek 🙂

Wulkan Baru. Idę po/na Ciebie!

Dlaczego ja nie śpie? Ano tak, zachciało mi się iść 21 km na szczyt wulkanu. Chociaż księżyc też nie śpi

Jak było ciężko tego nie opowiem. 21km z miasteczka na szczyt, po okropnej ścieżce. W piekle jest specjalne miejsce dla tych co usypują szlaki takim kamiennym miałem! Jak długo górołaże to jeszcze na żadnym szczycie nie byłem tak zmęczony. Kręciło mi się w głowie, nogi same się składały jak scyzoryk, a jeszcze przychodziło mi skakać po jakichś cholernych skałach żeby dostać się na wierzchołek. Ale co się dziwić temu stanu skoro pierwszy raz w życiu wszedłem na 3475m prawie od poziomu morza. Na szczęście jednoczesny widok na Ocean Spokojny z jednej strony i Morze Karaibskie z drugiej łagodził ból.

Kondor wylądował! Kondor wylądował!

Kiedy schodziłem minął mnie Indianin popylający w sandałach bez wody ani jedzenia. I wtedy naprawdę poczułem się jak looser 🙁

Z Parku Narodowego wytoczyłem się już po zmroku drugi raz mijając pustą budkokase. Napis informuje, że gringo płacą 6 zielonych za wejście, dlatego nie zastanawiałem się długo czy budka zawsze jest pusta czy tylko miałem szczęście, ale chyżo zapierniczałem do hostelu. Na tyle chyżo na ile pozwalały moje stwardniałe od bólu nogi. A w hostelu niespodzianka – pękła mi dętka. Plan był na jedną noc pod dachem ale dętkowy los zadecydował za mnie. Dzięki temu zakumplowałem się z obsługą hostelu i kilkoma backpackerami. Same miasto oprócz rozwalonego chodnika kierszującego dętki nie ma kompletnie nic do zaoferowania. Za miedzą jest tam jeszcze jeden ciekawy szlak, podobno najbardziej znany w Panamie, ale moje zdrewniałe nogi zajumane od Pinokia, no i sam wózek, szybko zakończyły rozmyślanie czy zrobić kolejnego treka.

Najlepsza hostelowa ekipa świata!

4.12.2017, Caimito. 26,07km /// 603,21km

Droga z Boquete na szczęście w dół. Ale ból nóg mocno ograniczał i prędkość i przyjemność schodzenia. Jeszcze jedna nocka przy kościele i pierwsze spaghetti ugotowane we własnym garnku na ognisku 🙂 Muszę się bardziej odżywiać a że jedzenie chyba już nigdzie na mojej trasie nie będzie tak tanie jak w Peru, dlatego zostanę Makłowiczem kulinarnego pobocza 🙂

Kościół Silnej Wieży. Czego to ludzie nie wymyślą 🙂

Nogi mnie bolą. Boże i to jak! 

Nic tak dobrze nie smakuje jak własny makaron po zejściu ze szczytu 🙂

5-6.12.2017, Santiago. 15,27km /// 618,48km

Staczam się do David raczej w dobrych nastrojach kiedy nagle – BANG! Strzeliła mi dętka. Przebijałem sie wózkiem jak taranem przez jakieś zawalające pobocze chaszcze i wbiłem w dętke… 7 kolców! Tego już się nie opłacało łatać dlatego przeklinając dlaczego, do jasnej cholery nie kupiłem zapasu, zacząłem pchać wózek do miasta. Człapie od jednego sklepu do drugiego, ale nikt nie ma dętki na 16″ koło. I nagle ktoś drze się na mnie z mijanego samochodu. Igor, Mariana i Miquel których spotkałem najpierw w Coronado, a potem jeszcze 4 razy na szlaku! Najbardziej szalona pomoc drogowa na świecie! Ładujemy wózek na pickupa i wszystko toczy się w ekspresowym tempie. Znajdujemy dętki, wypełniamy brzuchy smażonym kurczakiem i piwem, znajdujemy miejsce do spania, ale Miquel zaprasza nas na noc do Santiago, więc… to co szedłem 7 dni teraz trzaskamy samochodem w 3 godziny i już śpimy pod dachem u znajomej Miquela! Czyste szaleństwo! Miquel rzuca propozycje żebyśmy następnego dnia pojechali do malutkiej szkoły gdzieś w górach, i przygotowali dla dzieciaków spotkanie z Mikołajem. Szybkie spojrzenie z Igorem i Marianą i jednocześnie krzyczymy: „Jedziemy!”.

Może gdybym bardziej patrzył pod koła a nie na takie widoczki, to może nie kasowałbym wszystkich kolców na drodze

Najlepsza pomoc drogowa świata!

Szkoła znajduje się we wsi Nancito. Żeby się tam dostać najpierw jedziemy samochodem 2 godziny z Santiago do elektrowni na rzece Tabasara. Strażnik na bramie spisuje nasze dane i powolutku staczamy się naszym pickupem do malutkiej przystani. Tam na rozmiękczonym, błotnistym brzegu wskakujemy w łódź mielącą swoim terkoczącym motorkiem brązową zupę rzeki, i dopływamy do miejsca gdzie zaczyna się szlak przez góry. Bo przed nami jeszcze pół godzinny trek przez tropikalne zarośla. Momentami błoto zasysa nasze stopy, Czasami przeskakujemy przez kolczaste druty bacznie obserwowani przez pasące się krowy. Identyczną trasę, codziennie pokonuje jedyna w tym miejscu nauczycielka, ucząca dzieciaki od 1 do 6 klasy w tym dwójkę głuchoniemych, niedowidzących uczniów z epilepsją! Tytaniczna praca! 26 dzieciaków też nie ma łatwo i muszą konno albo pieszo przedzierać się nawet 2 godziny przez góry aby dojść do szkoły!

A cała szkoła to dwuizbowy budynek bez elektryczności, drugi osmolony pełniący rolę kuchni i dziura w ziemi pełniąca funkcję toalety.

Na miejscu dzielnie walczyła już o uśmiech dzieci parka z Argentyny jadąca swoim busikiem do Meksyku i Urugwajczyk do tego samego Meksyku jadący na rowerze. Jeśli dodać do tego Igora, Mariane i mnie to na krańcu świata zebrała nam się całkiem niezłe podróżujące towarzystwo 😀 W Meksyku będzie tłocznie!

Był mecz piłki nożnej, friesbie, Igor z Marianą czarowali dzieciaki żonglerskimi sztuczkami (z moim drobnym udziałem), a przygotowane piniaty zasypywały rozradowane dzieciaki kaskadą słodyczy. No i prezenty! Przecież nie mogło ich zabraknąć! I wierzcie mi, że takiej radości nawet z najdrobniejszego podarunku na twarzach dzieciaków żyjących w europejskim dobrobycie się nie uświadczy. Szczera radość! Niesamowicie było oglądać jak z namaszczeniem i iskrzącymi oczami dzieciaki odbierają od nas paczki. Wydawało mi się że w domu postawią je na ołtarzykach 🙂

Rzucali tymi sztyletami z przodu i z tylu mnie, a mi pozostalo tylko patrzeć jak po każdym rzucie skraca się moja broda…

Niesamowite spotkanie. Nauczycielka a i rodzice dzieciaków mieli łzy w oczach kiedy stamtąd odchodziliśmy. Cudowne uczucie przywieźć dzieciakom worek uśmiechu, wnieść w ich przecież niełatwą codzienność spektrum kolorów. Smutek zalał nas tylko kiedy pomyślelismy ile podobnych szkół rozsianych jest po okolicznych wzgórzach. I z tą myślą wróciliśmy do Santiago i dłuuuugo rozmawialiśmy o podróżowaniu i o tym co przynosi nam droga.

7.12.2017. Paso Canoas. 56,6km /// 675,08km

Miquel podwozi nas jeszcze raz do David. Żegnam się z Marianą, Igorem i Miquelem, ale tym razem bez wielkiego smutku, bo chyba wszyscy czujemy to samo – spotkaliśmy się pięć razy to spotkamy i szósty 🙂

Asfalt umyka pod stopami i nachodzi mnie myśl, że na piechotę można dojść naprawdę wszędzie. Oczywiste? Niby tak, ale jak pomyślisz sobie o przejściu z Polski do Chin to zabrzmi to dla Ciebie nie możliwie. A dla mnie zabrzmi jak plan. Czuje się silny i zdeterminowany. Niesiony na tej fali wiary w siebie dopłynąłem pod graniczny szlaban z Kostaryką.

Rzeźnia reklamująca się hasłem: „Od granicy do granicy. Z rodziną”

Amerykańskie autobusy. Do zobaczenia jeszcze raz w Stanach!

Panamski bilbord. Prześcieradło, dwa paliki, sznurek. Działa? Działa!

Zatrzymał się obok mnie na poboczu samochód. Otwiera się okno i facet podaje mi torbę z McDonalda. McDrive nie powinien działać odwrotnie, tzn. że jedzenei podaje się przez okno do samochodu? 😀 Jak dla mnie panamska wersja może być przyjęta na całym świecie 🙂

Kuchnia, sypialnia i garaż w jednym. I na autobus bym sie nie spóźnił 🙂

 

TAGS
RELATED POSTS

SOCIAL COMMENT

LEAVE A COMMENT

Arkadiusz 'trapez' Winiatorski
AMERICAS

My travel from Fire to Ice - from Tierra del Fuego to Arctic Circle. Hitchhiked life with a backpack and... stones which wants to go back home :)