Kolumbia

Na kawie u Pabla Escobara

By on 19 września 2017

Armenia. Nie, nie państwo w Azji, a malutkie miasteczko w środkowej Kolumbii. To centrum kawowego zagłębia miało być moją bazą na wypady w poszukiwaniu źródeł kawowej rzeki wypływającej stąd w świat. Dotoczyłem się tam w nocy i już od pierwszych spojrzeń lokalsów taksujących mnie jak chodzący bankomat, wiedziałem że to miejsce trzeba zmienić jak najszybciej. Drałuje dobre 10km poza miasto, odliczane co kilometr podejrzanym typem oferującym każdego rodzaju narkotyk i być może nóż pod żebro w prezencie, zanim znajduje dobre miejsce do rozbicia. Rano dorzucam kilka kolejnych kilometrów i zaczynają mnie otaczać malutkie finci (gosodarstwa) wychylajace tylko czubki swoich dachów poza kawowe krzaki. Dochodzę w końcu do jednej, rekomendowanej mi przez lokalsów. Chciałem jak przykładny gringo wykupić wycieczkę i zobaczyć proces produkcyjny od środka. Ale kosmiczna cena biletu, 25 tys pesos (ok 30zł), podpowiedziała inne rozwiązanie. A gdyby tak nająć się do pracy na dzień i przy okazji zobaczyć drugą stronę kawowego ziarna?

Trochę się cykałem, ale w końcu zagaiłem do Ciecia na bramie. Mówię skąd jestem (kłopotliwe skrobanie się po głowie mojego rozmówcy podpowiada, że jego wiedza o geografii kończy się na następnej wsi), co tu robię i gdzie jadę. Facet pod wrażaniem bez słowa nalewa mi potężny kubek czarnego złota. „No właśnie, bo ja w sprawie kawy”. Pan Cieć prowadzi mnie do Rodrigo, kierownika pełniącego dzisiaj zmianę. Tłumacząc mu co i jak dostaje w rękę kolejny kubek kawy. Ile musiałem się nabajerować, naściemniać z uśmiechem na ustach, że kawa to całe moje życie, że jak Obeliks za młodu wpadłem do kadzi z kawą itp itd. Przecież przyjechać do Kolumbii i nie zobaczyć plantacji kawy to jak być na Księżycu i nie spojrzeć na Ziemie! Rodrigo kręci głową, nie wiem czy zaprzecza czy niedowierza, ale w końcu woła Santiago z produkcji i prosi go żeby mi pokazał zakład i dał coś do roboty. Niewierze! Jestem w środku!

Santiago oprowadza, pokazuje, tłumaczy dolewając mi po drodze kawę do kubka. Ręce zaczynają mi się trochę trząść, ale nie wiem czy to z podniecenia czy z kofeiny. Proces produkcji, od zasiania przez zbiory, osuszanie, wypalanie i sortowanie, robi wrażenie. I znowu, tak jak w przypadku kakao w Peru, bananów w Brazylii, najlepsze okazy wędrują do Europy na miejscu zostawiając swoich lekko upośledzonych towarzyszy ze wspólnego krzaka. Co tam ostatecznie robiłem? Troche poobrywałem krzaki (widząc na własne oczy rodzaj robaków atakujacych owoce, a których miejscowi jeszcze nie potrafią skutecznie niszczyć, bo używanie pestycydów tutaj jest zakazane. Jasne… Santiago opowiada mi to nasypując do spryskiwacza morderczy środek owadobójczy), troche powrzucałem ziarna do wypalarek (dowiadujac się że kiedyś Walter tak nieumiejętnie dorzucił ziarna, że maszyna wciagnęła jego rękaw razem z dłonią. A że to był specjalny sort kawy przeznaczony na konkurs toku produkcji nie zatrzymano i zabarwione krwią Waltera ziarna zostały zmielone. W konkursie zdobyły pierwsze miejsce. Nigdy nie dowiedziono się, czy o sukcesie zadecydowało samo ziarno, czy przyłożenie do ich wypalania ręki przez Waltera). W końcu sortowałem ziarna na gigantycznych sitach.

 

 

Ale kawa to nie tylko wypalone czarne nasiona, ale cała kultura kawy. Ze swoimi strojami, dziwacznymi tańcami, tradycyjnym obiad składającym się z fasoli, arepy i ryżu, aż po jeepy zostawione tutaj przez amerykańską armię, a które lokalsi przejeli i teraz przewożą nimi worki ziarna do skupu. Kawa to przedewszystkim jednak ludzie, dla których to pasja przekazywana z pokolenia na pokolenie. Ta kraina, położona na lekko falowanych wiecznie zielonych zboczach gór, pełna kolonialnej architektury, kwiatów i dziwacznych owoców, robi niesamowite wrażenie. A po wizycie tego miejsca kawa już nigdy nie będzie smakować tak samo.

Co tu dużo pisać – PRZYGODA ŻYCIA! Marzenia się spełniają! Widziałem od środka brazylijską plantację bananów, paragwajskie pola pszenicy i zakłady terere, peruwiańskie plantacje kakao, a teraz kolumbijskie uprawy kawy. Do pełni szczęścia pozostaje plantacja kokainy.

„Salento! Musisz pojechać do Salento!” krzyczał mi na pożegnanie Pan Cieć. A że Panom Cieciom sie nie sprzeciwia poturlałem się stopem do malutkiej wioski pomiędzy wąwozami. Trzy kolorowe uliczki na krzyż zalewane przez fale turystow. Ale te fale wcale nie przeszkadzają, a powodują że to miejsce ma trudny do uchwycenia czar, urok, atmosfere. Fajnie tu jest i ciężko powiedzieć dlaczego! „Czego szukasz?” pyta mnie facet w piekarni. „Szczęścia” jak zwykle rzucam w odpowiedzi na to pytanie prześlizgując się wzrokiem po rzędach bułek. „No to właśnie je znalazłeś. Jesteś przecież w Salento”.

Chyba wszystkie drogi prowadzą do Salento. Na jednej z uliczek spotkałem przypadkowo tego samego Irlandczyka, z którym piłem w argentyńskiej Patagonii u stóp Fitz Roya. Na innej uliczce zaczepia mnie pytanie: „Czy Ty jesteś z Polski?”. To Justyna, która przyjechała do Micaeli, mojego hosta CS z Ekwadoru, kilka dni po mnie. Micaela opowiedziała jej o mojej podróży, ale nie mówiła o mojej trasie. Mi napisała tylko, że inna Polka do niej przyjechała. I w końcu przypadkowo spotkaliśmy się w Salento. Razem pokopytkowaliśmy na jakąś imprezę przy ognisku, gdzie zobaczyłem argentyńską parkę, którą wcześniej poznałem ok 4 miesiący wcześniej w stolicy Peru. Niesamowity zbieg okoliczności! Dobrze było zobaczyć znowu te mordki!

Z Justyną zaliczyliśmy jeszcze trekka pod najwyższymi drzewami Kolumbii. To chyba oprócz plantacji kawy, lasek z tymi palmami przyciąga tutaj turystów z całego świata. Trzeba przyznać, że palmy wyglądają niezwykle. Jak gdyby długaśne szpilki z główkami w kształcie liści, które robią górom akupunkturę. Ale żeby zjeżdżać specjalnie żeby zobaczyć te plamy to chyba przesada…

 

I tak przeleciały trzy noce, spędzne w namiocie przy płocie cmentarza, a wypełnione spotkaniami naprawdę dobrych ludzi. Zabieram stąd kamyk, a co!

 

Trzema samochodami przerzucilem się do Medellin. Przezornie wysiadam na obrzeżach żeby móc się jeszcze gdzieś rozbić. Na mapię znajudje lasek, ale w nocy przychodzi POTĘŻNA nawałnica, która sprawia, że w środku mam prawdziwe jezioro. O 3 nad ranem pękam i schodze do budynków, znajduje drobny daszek (co z tego że bezpośrednio przed czyimiś drzwiami) i rozbijam się tam ze swoim namiotem. Na nieszczęście jakiś cholerny pies musiał mnie wyczuć i obudził całą dzielnicę, łącznie z podobnym do psa ludzkim krzykaczem, który mnie stamtąd wygonił. Dwie przecznice dalej znajduje w głębi inny daszek i drzwi, za którymi nie czaił sie żaden pies, ale przed przed którymi wyrósł mój namiot. Budzę się o 5 rano żeby zwinąć się zanim ktokolwiek mnie zauważy. Wychodze z namiotu, a w oknie witają mnie dwie twarze przyklejone do szyby. Zwijam graty i tłumaczę dlaczego się tutaj rozbiłem bez ich wiedzy. One zamiast wyganiać jak poprzedni psopoodbny jegomość, zaprosiły na coś ciepłego do zjedzenia. Przemoczony i zziębnięty takiego zaproszenia nie mogłem odmówić! Kiedy szukałem autobusu, napotykając się przy okazji na zamknięty niestety bar warszawa (lokalsi twierdzą że to rockowy bar, ale nie wiedzą dlaczego tak się nazywa) spotkałem sprzedawcę owoców, który zaprasza na darmowe owoce. Albo naprawdę musiałem wyglądać słabo, albo to prawdziwy raj dla backpackerów 🙂

Żonglerka poziom ekspert. Facet żongluje maczugami na nosie trzymając ogrodowy parasol, a na nim wirującą piłkę do kosza. Szach mat!

Moje gospodynie nie świadome, że kogoś goszczą 😀

W mieście nie znalazłem hosta dlatego rzuciłem graty w najtańszym hostelu i ruszyłem w miasto. A to chyba najlepiej zorganizowane miasto w Kolumbii robi naprawdę fajne wrażenie. Jedyne z metrem, podwieszaną kolejką, dobrą siecią autobusów, a nawet trolejbusów. Do tego względny ład, pożądek i ciekawa architektura. Muzea z fajnymi zbiorami, potężne parki i niesamowita historia. Bo to przecież Medellin było główną bazą najsłynniejszego narkotykowego barona i jednego z najbogatszych ludzi na świeci – Pabla Escobara. Największy producent i przemytnik kokainy w historii. Posiadacz tak nie wyobrażalnej ilości gotówki, że zaproponował rządowi kolumbijskiemu, że spłaci cały dług zagraniczny kraju. Przez pewien Czas senator, o aspiracjach zostania prezydentem. Filantrop budujący całe dzielnice mieszkań oddając je ludziom za symboliczne 1 peso. Bezwględny terrorysta i zabójca, mordujący setki niewygodnych dla siebie ludzi. Dziwnie chodzi się po mieście gdzie ponad 20 lat temu co rusz wybuchały bomby pułapki, a w chmurach latał najbardziej zaawanswowany sprzęt amerykańskiego wywiadu mający na celu wytropienie Escobara.

Jednoosobowe ławki. Tak bardzo zachęcają do spotkań.

Kiedy byłem w Medellin grała w nogę narodowa ekipa Kolumbii. I wszędzie, absolutnie WSZĘDZIE wystawione były telewizory i głośniki, żeby przechodnie na bieżąco wiedzieli co się dzieje na stadionie. A kiedy sytuacja robiła się gorąca ludzie rzucali to co robili i biegiem lecieli do najbliższego telewizora. Na moment całe miasto było jakby zamrożone 🙂

Nawet po śmierci wpływ Pabla na popkulturę jest potężny. Tworzy się o nim filmy, seriale i napisano dziesiątki książek. Od kiedy tylko przekroczyłem granicę pytam o Pabla, ale zawsze spotykam się z lekkim dystansem w tym temacie. Potwierdzają, że był potężnym wrogiem publicznym numer jeden. Wyczuwa się, że trochę ich fascynuje, a trochę jakby się wstydzili tego tematu, jakby chcieli o nim zapomnieć. Ciężko to jednak zrobić skoro Pablo patrzy na nas z koszulek, plakatów, i reklam zachęcających do „Narkowycieczki”. Podczas specjalnych wycieczek można przejechać przez miejsca związanymi z Escobarem. Miejsce gdzie się urodził, gdzie mordował ludzi, gdzie w końcu sam poległ i gdzie został pochowany. Ludzie przeprowadzający te wycieczki mają podobno potężną wiedzę, pamiętając dobrze te mroczne, kokainowe Czasy. Ale że nie chciałem płacić ok 30 dolarów za wycieczkę i że o Pablu przeczytałem naprawdę wiele uznałem, że nie powiedzą mi nic nowego i sam tylko pojechałem na jego grób. Wydeptana ścieżka świadczy o tym, że przyjeżdża tu cała masa turystów. Potwierdzają to dziadki sprzedające w tym miejscu wodę. Potwierdzają też, że grób zawsze jest zadbany, że nie można go kalać, bo jest pod ciągłą obserwacją. Pablo miał wielu oddanych przyjaciół, którzy pamiętają o nim nawet po śmierci. A to są ludzie których chyba nie chciałbym poznać.

 

Pablo Escobar, Papież Franciszek i Adidas. Kolumbijska Trójca Święta

Od jakiegoś Czasu wyczuwałem też na sobie wzrok kogoś innego. Papieża. Z tysięcy plakatów krzyczal o swoim przyjeździe w terminie i miejscach gdzie ja powinienem sie pojawić. A wiadomo, że z papieżem pojawia się tysiące ludzi i jeszcze więcej problemów lokomocyjncyh dlatego robiłem wszystko żeby przypadkiem nie złapać papamobile na stopa. Kiedy on przyjechał do Medellin, ja z poznaną w hostelu polką Kamilą, wybrałem się do oddalonego o 2 godziny drogi Guatape. Noc spędziliśmy na głównym placu pod gigantycznym namiotem miejskim. A kiedy następnego dnia sie spod niego wygrzebaliśmy przywitało nas maciupeńkie miasteczko nad brzegiem rozlanego jeziora. Prawie każdy dom miał zocales, czyli małe/ WIELKIE płaskorześby korespondujące z tym co znajduje się w budynku. Tam gdzie bar, zocale przedstawiało barmana i klientów czekającyh na klienta. Tam gdzie dworzec autobusowy witały turystów rzędy glinianych autobusów. Fajny, kolorowy pomysł sięgający jeszcze 1920 roku! Miasteczko można obejść w godzinę, dlatego poszliśmy zdobyć górę tysiąca stopni.

Nie wiem jak ta wyrośnięta skała się tutaj znalazła (czy przyniósł ją jakiś lodowiec czy olbrzmym ją tutaj rzucił), ale cena za wejście koresponduje dobrze z jej wysokością. 18000 pesos?! 22 złote?! To dużo za dużo jak na taką górkę. Kamila trochę wsparła mnie finansowo i wspólnymi siłami pokonaliśmy 625 schodów dzielące nas od szczytu. Wieża widokowa na górze przypomina prawdziwą wieżę Babel, bo mieszają się tam chyba wszystkie języki świata. A widok… Widok wart tego potu wylanego na schodach.

 

Z powotem do Medellin zabiera nas wesoły spalony vanik, potem poznana parka stawia nam autobus do centrum, „bo przecież tutaj nikt Wam sie nie zatrzyma”, i już żegnam się z Kamilą na dworcu. Ona jedzie na południe, a ja wesoło drałuje na autostradowe bramki. Medellin nawet w centrum kiedy zapadał mrok robiło się podejrzane, a przetaczające się po nieboskłonie chmury marihuanowego dymu odsłaniały drugie oblicze miasta. Przecież likwidacja Pabla nie zlikwidowała narkotykowego biznesu, który wciąż tutaj kwitnie. Po drodze podejrzane typki pytają mnie o kasę i o godzinę, pewnie żeby zobaczyć jaki mam telefon. Wymiguje się i modlę żeby ktoś mnie szybko stąd zabrał. Kilka kilometrów podrzuca taksiarz, ale wciąż dzielnica mocno nieciekawa, a mnie zaczyna ogarniać prawdziwy strach. W końcu pękam i 15 kolejnych kilometrów już całkiem za miasto pokonuje autobusem. Tam zaszywam się w krzakach próbując jakoś przetrwać potężne fale deszczu. Następnego dnia zaczęła się przygoda z jednym z najpiękniejszych miast Ameryki Południowej, dwoma gościmi którzy chcieli mnie okraść z maczetą w dłoni i jednym warsztatem gdzie mocno uszkodziłem swoją stopę. Ale o tym w kolejnym poście 🙂

„Nikt się tu dla Was nie zatrzyma. Czekajcie, zaraz coś wykombinujemy”

 

<<< TRASA: https://goo.gl/maps/dmaCYrUwudu>>>

TAGS
RELATED POSTS

SOCIAL COMMENT

LEAVE A COMMENT

Arkadiusz 'trapez' Winiatorski
AMERICAS

My travel from Fire to Ice - from Tierra del Fuego to Arctic Circle. Hitchhiked life with a backpack and... stones which wants to go back home :)