Ekwadorscy Indianie, czyli punki w melonikach

Ekwador
By on 15 sierpnia 2017

W Tarapoto rzuciłem na dwa dni plecak w hostelu, ogarnąłem Internetowe sprawunki i w końcu (po dwóch miesiącach!) porozmawiałem z mamą. Uspokojony, że w Polsce wszystko w porządku zabrałem mandżur i stanąłem na wylotówce. Chłopaki ze „Świat w 2D” opowiadali mi o tym jak drogę, którą chciałem teraz przejechać, ryli kilka dni. Razem ze mną stopa zaczął łapać strach, bo średnio chciałem tam utknąć na tak długo. Jak Czas pokazał gwiazdy mi sprzyjały 🙂

W drodze na wylotówkę znalazłem innych autostopowiczów. Chyba się tu trochę zasiedzieli…

Długo nie czekam i wrzucam plecak na pakę samochodu wyładowanego mąką. Wrzucam też siebie i jedziemy. Co prawda kieorwca daleko mnie nie wywiózł, ale odległość i jakość drogi była na tyle zła, a worki tak słabo poukładane, że zeskakując z paki wyglądałem jak piekarz (albo zważając na szerokość geograficzną przemytnik kokainy). Miejsce do bani. Samochody pędzą jak szalone, a do tego ktoś bezsensownie wypala trawy na poboczu. Kierowcy jak kaskaderzy przeskakują przez ścianę ognia i dymu, który zasnuwa całą jezdnie, mijają mnie w pędzie i pewnie nawet nie zauważają. Senor Juan ze sklepiku przy którym zapuszczam korzenie zapewnia, że jeśli niczego nie złapie to on wyciągnie swoje głośniki większe od niego samego (facet miał 150cm w cylindrze), kilka butelek księżycówki i moge u niego spać. Na szczęście/nieszczęście ktoś się zatrzymał, a noc spędziłem rozbity pod jedynym drzewkiem na placu budowy. I jakby nie patrzeć to było moje pierwsze samotne rozbicie po pamiętnej nocy w Limie, gdzie dwóch gości chciało mnie pocharatać szklaną butelką. Trochę się cykałem, ale ten strach przecież trzeba było kiedyś pokonać, prawda? Ręka po spotkaniu z tymi gnojkami już dawno sie zagoiła, ale zwiększona ostrożność została.

Następnego dnia przyszedł do mnie Święty Mikołaj. A nawet czterech.

Pierwszy. Pani w sklepiku. Kupuję wodę i pytam o najtańszy z najtańszych chlebów. Wygrzebuje jakieś ostatnie drobniaki przetrząsając portfel i okazuje się, że stać mnie tylko na małą butelkę. O zakąsce do wody musze tego ranka zapomnieć. Sprzedawczyni podając mi butelkę bez słowa podaje też pomarańcze. Jedną, drugą, trzecią, czwartą, piątą… Ja mówię że nie chce, ale ona wciska, prawie z rąk mi wypadają jak z pomarańczowego wodospadu. „Szczęśliwej drogi” mówi mi z uśmiechem wciskając jeszcze kilka cytrusów.

Drugi. Pytam faceta z malutkiej knajpki ile kosztuje najtańsze ceviche jakie ma. „30 soli”. Normalnie można dostać je za 4-5 soli, więc tylko zaśmiałem się w duchu, podziękowałem i poszedłem na pobocze obierać pomarańcze. Po kilku minutach przychodzi do mnie jeszcze raz i zaprasza na śniadanie. „Myślałem że Ty gringo, a widzę że Ty nasz”.

Trzeci. Dwie wioski dalej stoję już 3 godzinę na poboczu. Jeszcze chwila, a miejscowi w taksówkach to miejsce zaczeliby nazywać Paradero Gringo. Przystanek Gringo. Już słyszę w myślach teksty w busikach: „Niech się Pan zatrzyma przy Gringo”. Nagle z letargu podniesionego kciuka budzi mnie czyjś krzyk. „Chodź na obiad!”. Do stołu zaprosiło mnie małżeństwo, które ma sklep z butlami z gazem obok którego stałem. To było najlepsza (i pierwsze prawdziwe) carbonara od wyjazdu z Polski 😀

Czwarty. Giovani. Tylko dzieki niemu w ekspresowym tempie pokonałem blisko 800km jednym rzutem, bo zabrał mnie do miasta Chiclayo, aż na samo wybrzeże! Co prawda po drodze raz prawie nas zabił na zakręcie, ale też podzielił się naprawdę super informacjami, a co ważne dla mojego żołądka zaprasił na kolację. Wszystkim tym Świętym Mikołajom jest przeogromnie wdzięczny. Nie chodzi o to że podratowali mój budżet, ale że naładowali pozytywną energią i jeszcze raz dali wiarę w ludzi.

Na wybrzeżu zameldowałem się w czwartek, a w piątek wypadał Narodowy Dzień Picia Wszystkiego co ma Procenty – Dzień Niepodległości Peru. Znając zamiłowanie localsów do trago (bimbru) i jego śmieszną cenę (2,44zł za 625ml) wiedziałem że jeśli nie wyjadę z kraju do jutra to zostanę tutaj do poniedziałku. W portfelu zamiast soli królowało powietrze, a niechcąc jeszcze raz w Peru rozpruwać bankomatu, chciałem jak najszybciej opuścić ten kraj. Z Chiclayo zabiera mnie za darmo normalny, rejsowy busik. W Piura, wielkim molochu niecałe 100km od granicy, zamieniam ostatnie sole na obowiązujące w Ekwadorze dolce i cisne na wylotówkę. Rozbijam się przy ścianie wypasionego salonu samochodowego, a zachód słońca oglądam w ich wypolerowanych karoseriach. Następnego dnia zabierają mnie nie tak już wypolerowane automobile, ale toczę się jakoś do granicy. Nitki tam biegnące są trzy, ale wybieram najoczywistszą i rzucam plecak w pył na poboczu. Zapomniałem, że w Ameryce Południowej nie każde oczywiste rozwiązanie jest tym, które lokalsi wybierają. Na tej drodze widziałem tylko fatamorganę samochodów. Zmieniam ścieżkę i zabierają mnie policjanci, pod nogami wala mi się kałasznikow i boję się ruszyć żeby nie wywalić dziury w drzwiach. Kiedy dojechaliśmy do Las Lomas policjant z wyższą szarżą i większym brzuchem (ciekawe, że te dwie rzeczy prawie zawsze idą ze sobą w parze) wysiadł razem ze mną, pogadał z kierowcą taksówki i „przekonał” go żeby ten zabrał mnie za darmo na granicę 😀 Szybki skok przez szlaban i już byłem w nowym kraju. Ekwador! Jaki jest?

Nowoczesny. Drogi, chodniki, sygnalizacja świetlna, radary drogowe, śmietniki, publiczne toalety, na placach ciekawe oświetlenie i wi-fi. Niby normalne rzeczy prawda? Ale różnice pomiędzy poszczególnymi krajami Ameryki Południowej są tak duże, że przekraczając granice takie „normalne” rzeczy naprawdę rzucają się w oczy.

Biały. Jakie tu nagromadzenie ludzi wyglądających na gringo, chociaż są rodowitymi Ekwadorczykami! Jakbym znowu znalazł się w Buenos Aires! Przy granicy rzuca się w oczy coś jeszcze – kobiety często nadużywają makijażu. W domach chyba obtaczają się w białym pudrze… Ale wiadomo, biały zawsze był lepszy, więc gdyby tylko mogły to malowałyby się białą farbą olejną.

Bezpieczny. Czysty. Zorganizowany. Wszedzie monitoring, radary drogowe, policjantów na pęczki. Nie zauważyłem pałętających się podejrzanych typków (jak na razie). Najbardziej podejrzanie w tych miastach wyglądam ja 😀 Kierowcy przestrzegają świateł, pasów i znaków (co wcale po tej stronie wielkiej wody nie jest takie oczywiste). I nie nadużywają klaksonów 🙂

Drogi. W porównaniu do Peru ceny porażają. Trochę za sprawą ekonomii dolara, a trochę za sprawą masy gringo, którzy osiedlając się tutaj (a jest ich naprawdę wielu) podwyższają ceny. Na szczęście w sporej większości nie płaci się za wstęp do kościołów, galerii sztuki ani muzeów! Odwiedzam je często i gęsto, i wiem ile pieniędzy tam zostawiam. A tutaj jedynie chcą wpis do rejestru odwiedzin. I to rozumiem!

Siedzisz na placu, chłodzisz sie pod palmą i bujasz się przy muzyczce. Ale czekaj, czekaj… skąd ta muzyczka? Ano z ukrytych tu i tam głośniczków w formie… kamyków 🙂 

A na tych samych placach mobilne lodziarki. Niektóre zamontowane na tak starych samochodach, że ich pracujące silniki zagłuszają głośniki plenerowych koncertów. Byłem, słyszałem (albo i nie jeśli chodzi o koncert) więc wiem co piszę 🙂

A w sklepach na większości produktów (jeszcze nie odkryłem dlaczego na jednych, a nie na innych) naklejki pokazujące zawartość cukru, soli i tłuszczu. Dobry pomysł!

Targ kolorów. I sprzedawcy patrzący na Ciebie z góry.

A na tym targu m.in. owoce Chirimoya (bulwy na dole), słodkie dynie (na górze)…

… i sól. W formie brył lub pokruszone na kilogramy. Innej soli tu nie uświadczycie 🙂

Po przekroczeniu granicy rzuciło mi sie w oczy coś jeszcze. Van ze swojsko wyglądającymi naklejkami…

Barbara i Michał to czesko-słowacka parka podróżująca stopem po Ameryce Środkowej i Południowej. W pogranicznym Macara spotkali Ekwadorczyka, który… zafascynowany jest czeską kulturą! Co więcej, mówi jak rodowity Czech! Razem z Barbarą i Michałem spędziliśmy łącznie 3 dni, oni spali u ekwadorskiego Czecha, a ja w ich busiku. Czas było ruszać dalej, ale że Ekwador malutki jest jak ziarnko grochu, dlatego przejeżdżałem 100-150km i zatrzymywałem się na dwa dni. Znowu okazuje się, że warto odwiedzać cmentarze. Te tutaj Czasami wyglądają jak ze snu Edwarda Nożycorękiego! Dziwaczne, Czasami śmieszne, kształty i figury wyrzeźbione w krzakach/drzewach. Pogadałem z młodziutkim ogrodnikiem odpowiedzialnym za te cuda i twierdzi, że robi je sam, a w ciągu godziny spod jego nożyc wychodzą 3 takie figurki. Respect! Znowu inne nekropolie pełne są nagrobków odrysowywanych sprejem od szablonów. Cmentarni grafficiarze 😀

Cmentarna moda i nowa jakość. W Ekwadorze co raz częściej drukuje się wielkie naklejki z dowolnym wzorem. Najczęściej kiczowatym przedstawiającym zmarłego w otoczeniu promyków, Jezusów, aniołków itepe. Kto co lubi…

Cmentarne wieżowce…

… i zamki.

Cmentarni grafficiarze w akcji. Czasami od linijki i szablonu…

… a Czasami od ręki 🙂

A jak autostop? Względnie dobrze, Czasami czeka się 5 minut, Czasami godzine. Raz z drogi zgarnie Cię burmistrz miasta ze służbowym kierowcą (moje spięte trytkami buty pasowały do tego towarzystwa jak drzwi do lasu), a innym ojciec z kuzynem, którzy poczęstują colą, pomarańczami i chętnie zawieźliby na drugi kraniec Ekwadoru. Jedną noc spędziłem rozbity w centrum nad rzeczką dzielącą miasto Loja na dwie części, innego dnia higienę osobistą uskuteczniłem w miejskiej fontannie. Dzień jak codzień 🙂 Do momentu kiedy zabrała mnie parka, która jechała aż do Quito! Przejeżdżamy obok malutkiej mieściny Saraguro i nagle BANG! Coś mnie tkneło. „Zatrzymaj się! Wysiadam!”

Dla niektórych dźwiękiem dzieciństwa jest muzyczka samochodów Family Frost. Dla dzieci z niektórych krajów Ameryki Południowej tym dźwiękiem jest muzyczka… śmieciarki 🙂 Zamontowane gigantyczne głośniki puszczają różne piosenki w zależności od miasteczka. To znak, że mieszkańcy mają wystawiać śmieci. A ja kiedyś wyszedłem na ulicę chcąc kupić lody w śmieciarce 🙂

Nawet w miasteczkach gdzie żyje mniej niż 1000 osób za zakrętem można znaleźć… ogromny kompleks sportowy! (Po prawej stronie nie mieszczące się na zdjęciu pełnowymiarowe boisko do piłki nożnej)

Niektórzy na barierce wieszają kwaity, a inni kukurydzę…

… którą potem suszą bez opieki przed swoimi domami. 

Ot impuls! I poproszę więcej takich impulsów, bo okazało się, że ta wioska to chyba największe skupisko ekwadorskich Indian. Wyróżnia ich charakterystyczny strój. Mijając jeden z domów widzieliśmy całą grupę ludzi ubranych na czarno. Myślałem, że to pogrzeb, a kierowca rzuca przez ramie: „Patrz! Ślub!”. Bo ekwadorscy indianie to tacy Man in Black. A w zasadzie punki w melonikach.

 

Faceci noszą czarne, ciężkie, duże buty górskie często ze skarpetkami podciągniętymi do połowy łydek. Do tego przykrótkie spodnie sięgające za kolano. Lubują się w skórzanych kurtkach. Do kościoła zakładają pled. Czarny. I Czasami białą koszulę. Na głowie czarny, charakterystyczny kapelusik wyglądający jak gdyby przerośnięty melonik. Do tego obowiązkowo czarne długie, związane w warkocz włosy.

Kobiety dla urozmaicenia ubierają się w… czerń. Czarne trzewiki, czarne spódnice (Czasami z drugą wystają od dołu w kwiecisty wzór) i sweterki. Też czarne. Czarne włosy spięte w warkocz. I obowiązkowo DUŻO biżuterii. Wielkie zwisające kolczyki, broszki, we włosach wpięte ozdoby, na szyi gigantyczne, kolorowe kolie. Z jednej strony przypominają cyganki, przez kolie egipcjanki, a jeśli dodamy do tego Czasami fantazyjnie przerzucone przez ramie pled przypominają hinduski. No i nieodłączny kapelutek. Nieodłączny do tego stopnia, że nawet w kościele wisi informacja żeby nie wchodzić w nakryciach głowy 🙂

Ludzie z całego świata zjeżdżają się tam żeby kupić całkiem sporej wielkości szpilki z niklu nazywane „Tupo”, którymi kobiety zapinają sobie pledy. Jedna taka szpilka może kosztować nawet 200 dolarów! A to dlatego, że przekazywane są z pokolenia na pokolenie i większośc z nich ma więcej niż 100 lat!

Przy okazji trafiłem na comiesięczny festiwal folklorystyczny „Winay Pacha”. Folk tych Indian jest niesamowity, a muzyka przypomina odrobinę trochę tę z naszych góralskich hal. Gdybyście kiedyś planowali być w tych okolicach obowiązkowo wybierzcie się w pierwszą niedzielę miesiąca! Po dwóch nocach przespanych pod jedną z kapliczek wziąłem nogi za pas i pojechalem do Ekwadorskiej stolicy gringo wpisanej na światową listę UNESCO. Ruszyłem do Cuenca.

LINK DO TRASY: https://goo.gl/maps/KhPgXqqSews

 

TAGS
RELATED POSTS

SOCIAL COMMENT

LEAVE A COMMENT