Boliwia

Boliwijskie dwa światy: Sól i Srebro

By on 7 maja 2017

Ostatni autostop w Argentynie zaliczyłem z oficerem wojsk powietrznych. Facet zna całkiem dobrze Europę, bo w 2012 roku odwiedził służbowo Francje, Niemcy, Kosowo i… Czechosłowacje. Może zagiął Czasoprzestrzeń? Najważniejsze, że razem dotoczyliśmy się tym razem do granicy istniejącego państwa. Boliwia.

I już na granicy problemy. Kiedy przechodzę przez granice wszystko filmuje. Raz dla mojego bezpieczeństwa, a dwa bo może coś z tego wyskrobie. I tak jak wszędzie pogranicznicy machają, śmieją się, a w najgorszym wypadku nie zwracają uwagi, tak po boliwijskiej stronie zatrzymali mi paszport za rejestracje granicy. 30minut przeglądaliśmy co mam na karcie pamięci. Tłumaczyłem, że te filmy z części boliwijskiej już skasowałem, a ten pajac w zielonym mudurze zaczynał szukać śrubokrętu żeby rozkręcić kamere i sprawdzić czy nie ma pamięci wewnętrznej! Na szczęście chyba krew doszła mu w końcu do mózgu i puścił mnie dalej. Bez sprawdzania plecaka, dzięki czemu przemycilem słoik z kapustą kiszoną 😀

Co najgorsze jednak w oddanym paszporcie znalazłem wize na… 30 dni! Faktem jest że planowałem przelecieć przez Wielonarodowe Państwo Boliwii w ciągu miesiąca, ale teraz to byl przymus. Wbił mi ją jeszcze przed Kamerowym Kryzysem Boliwijskim, więc to nie moje zachowanie na to wpłynelo. On po prostu nie lubiał obcokrajowców.

I jaki był sam pogranicznik taka okazała się znaczna większość Bolwijczyków. Zamknięci, skryci, a Czasami wręcz wrodzy. Tak jakby obcokrajowiec był intruzem. Ceny ratują trochę sytuacje. Po drogich Urugwaju, Argentynie i Chile, które wysuszyły mnie potężnie z pieniędzy, Boliwia da trochę oddechu portfelowi. Pojawiły sie też babeczki w fikuśnych melonikach, kolorowych spódnicach i z dziećmi zawieszonymi w kolorowych chustach na plecach. Aż dziw, że nigdy nie wyrżną tym dzieckiem o framuge.

20170428_181446

Już na granicy wiesz, że Boliwia to będzie skomplikowane miejsce. We wszystkich punktach informacjach turystycznych hasło do Wi=Fi to coś w stylu „Turism” „Tourist 2017”. W Boliwi jest inaczej 😀

20170429_113708

Miłość do Dakaru. Na każdej ścianie.

20170429_182934

A na ścianach autobusowego dworca malunki autobusów co by człek niekumaty wiedział do którego ma wejsć (albo przynajmnoije którego ma szukać)

20170429_104033

Autostop nie o wiele lepszy. Sporo osób chce pieniądze za podwiezienie. Tłumaczą to tym, że komunikacja międzymiastowa jest bardzo tania. I jest! Za 6 godzin w autobusie i przejechaniu 400km płaci się 15zł. Zabiera mnie w końcu parka, z którą prawie nie zamieniłem słowa. Zimnym uściskiem dłoni rzegnają mnie w Tupiza, małym, zanieczyszczonym, nijakim miasteczku, z którego wiedzie jedna droga do Uyuni. Wychodze pod górę, pot zlewa się hektolitrami, padam na zapylonej drodze i… czekam. Ani razu w ciągu 3 godzin kciuka nie podniosłem, bo oprócz autobusów hulał tam tylko kurz. Jeśli tak cała Bolwia wygląda to wiza skończy mi się w połowie drogi. Kopytkuje do miasta z myślą, że podjade pociągiem. W końcu to też może być niezła przygoda. Ale 4 pociągi odjeżdżające w ciągu tygodnia, odjechały też razem z moimi planami. Ładuje się do ogrzewanego autobusu (a to ważne, bo w nocy temperatura spada do 5st C!) i w nocy wtaczam się na wyżyne Altiplano. Wysiadam w Uyuni i noc spędzam rozbity przy płocie kościoła. Pomiędzy dreszczami składając modły żeby nie zamarznąć.

Miasteczko jest obrzydliwe, zwracając uwage jedynie gigantycznymi stertami śmieci, które rosną na każdym skrzyżowaniu pełniąc w pewnym momencie rolę rond. Kolejną noc rozbijam się na cmentarzysku pociągów niedaleko miasta, w zachodzącym świetle słuchając gwizdów dawnej świetności metalowych monstrów. Jednak zamiast przetaczających się krzaków róży pustynnej po horyzoncie toczą się reklamówki. W ilościach zatykających dech.

20170430_121208

20170430_090756

Najlepsze śniadanie na świecie. Smażony placek i kubek api (mieszanka zmielonej brązowej i żółtej kukurydzy, cukru, cynamonu i goździków). Na ulicznym straganie.

20170430_094912

20170430_100616

20170430_154111

20170430_103856

20170430_120131

Następna stacja: „Śmieci”!

20170430_105053

20170430_164214

20170430_164804

20170430_163839

20170430_184617

20170430_190012

Ale nie miasto jest najważniejsze, ale to co na jego obrzeżu – największy na świecie Salar. Wrzucam się do 4×4 i z zakręconymi hippisami po 80. Ze Szwajcarii lecimy dwa cenymetry ponad ślniącą bielą solnej pustyni. Co tu dużo pisać, to trzeba zobaczyć! A co? Trzeba zobaczyć to czego nie widać, bo na tej pustyni, aż po horyzont jest tylko sól i nasz cień. Ogrom tego miejsca powoduje, że nawet zatrzęsienie turystów z całego świata nie przeszkadza, a widok śmigajacych 100km/h dżipów przypomina wyścig ścigaczy z Gwiezdnych Wojen. Nie tylko ja tak pomyślałem, bo twórcy Gwiezdnych Wojen: Ostatniego Jedi część zdjęć postanowili nakręcić właśnie na Salarze Uyuni!

To miejsce przyciąga nie tylko gwiazdy na niebie (o potędze nocnego nieba w tym miejscu chyba nie musze nikogo przekonywać), i te ze srebrnego ekranu, ale i te napędzane wysooktanowym paliwem. Bo Salar Uyuni to nie tylko jeden z najbardziej płaskich terenów na świecie wznoszący się na prawie 4 tysiące metrów, ale i jeden z najtrudniejszych rejonów świata do przeżycia w ogóle. A takie tereny ubóstwiają kierowcy Rajdu Paryż-Dakar, którego jedne z najbardziej widowiskowych odcinków przebiegają przez jego środek. A fanem rajdu jestem niesamowitym, dlatego z bananem przyklejonym do twarzy szukałem tam śladów bieżników tego najtrudniejszego wyścigu na świecie.

20170501_155600

20170501_132019

20170501_141815

20170501_134022

20170501_155850

20170501_182013

20170501_180952

20170501_191401

Wiecznie młodzi hippisi 🙂

W nocy temperatura spadała jeszcze mocniej, a oprócz obszczekujących mnie w nocy psów zaczeły towarzyszyć mi potężne dreszcze. Na jedynej wylotówce z Uyuni znowu oprócz autobusów widziałem jedynie fatamorganę moich marzeń o jakimkolwiek pojeździe. Wiza się kończy, a dreszcze nie mijają, ale nafaszerowany po uszy aspiryną jakoś przerzuciłem swoje zamarznięte zwłoki do jednego z najwyżej położonych miast na świecie – Potosi.

Wciśnięte pomiędzy górskie szczyty (jak większość boliwijskich miast na zachodzie) sięga dachami swoich domów 3967m npm. Naprawdę wierzyłem, że tu będzie cieplej? Tak jak ciepła tak i brakowało tutaj tlenu, którego deficyt odczuwałem mocno kiedy ze swoim plecakiem drałowałem po wiecznie stromych uliczkach. Uliczkach wpisanych na listę UNESCO. I czym dłużej nimi chodziłem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że wpisanie na tę listę, z założenia gloryfikującą światowe dziedzictwo, jest jedynie kwestią pieniędzy wyłożonych przez rząd. Bo chociaż stare miasto jest całkiem ładne, to rozbijałem namiot w piękniejszych miastach.

20170502_072352

Pani serwująca parujące szoty świeżo wydojonego mleka z… oślic

20170502_094108(0)

20170502_094932

20170502_095733

20170502_101753

Chcesz odwiedzić boliwijskie kościoły? Zapomnij! Wszystko pozamykane na kłódkę (albo i dwie). Można wejsć do środka tylko podczas mszy. Dlaczego? Bo boliwijczycy kradną wszystko, wynosza obrazy z kościołów, lichtarze, naczynia liturgiczne. Do większości malutkich sklepów też nie można wejść, ale kupuje się z ulicy patząc przez malutkie okienko w kratach.

20170502_135254

20170502_145750

20170502_151713

20170502_192326

W tym miejscu ważniejsze jednak jest nie to co na ulicach, ale co pod nimi. Bo Patosi słynie z jednej z najstarszych kopalni srebra na ziemi. Ten szlachetny kruszec wydobywa się tutaj, Czasami metodami iście rabunkowymi, od 1544 roku. Przy wydobyciu śmierć poniosło miliony niewolników, a wydobywane tutaj minerały zachwiały sytuacją ekonomiczną Starego Kontynentu. Do dziś w języku hiszpańskim funkcjonuje powiedzienie „Vale un Patosi” co oznacza „warte fortune”. Istnieje możliwość zobaczenia tej kopalni od środka, dlatego sypnąlem srebrem z mojego portfela (60zł) i wgryzłem się w Cerro Rico (Bogatą Górę). Co poradzisz, chłopak ze Śląska to go ciągnie w kopalniane czeluście.

Myślałem, co oni mogą mi powiedzieć o kopalni. Całe życie przeżyłem w Krainie Kwitnących Szybów, ojciec górnik, sam kiedyś jedną zszedłem, mnóstwo znajomych pracuje na dole. Ale kiedy założyłem górniczy ciuch, zapaliłem światełko i zatopiłem się w mroku pierwszego tunelu poczułem się jak Hobbit w Morii, królestwie krasnoludów z Sródziemia.

Na powierzchni 2017 rok, ale pod ziemią Czas zatrzymał się w XVIII wieku. W górze działa 180 małych kopalni, a w każdej z nich dziesiątki korytarzy szatkujących góre niczym szwajcarski ser. Pytam przewodnika, 36 letniego boliwijczyka, który zaczynał pracę w tym miejscu mając… 13 lat!, czy mają jakieś plany korytarzy. „Nie, ludzie tu pracujący mają po 30-40 lat doświadczenia. Wiemy jak łupać żeby się nie zawaliło”. A łupią w iście historyczny sposób. Zapomnijcie o maszynach, torach, transmiterach taśmowych, wentylacji. Tutaj srebro wydobywa się ręcznie! Facet siedzi z młotkiem albo dłutem i rąbie skały na kawałki. Pakuje je do worków, a jego kolega taczkami wywozi na zewnątrz. Co jakiś Czas wzgórzem wstrząsa wybuch używanego dynamitu, ale na 1000 osób łupiących swoimi młoteczkami skały nie robi to najmniejszego wrażenia. W drodze przez kolejne korytarze, odnogi i poziomy (aż dziw że nikt sie tam nie gubi!), przeskakując rozpadliny bez dna (czy mi się wydawało czy słyszałem tam Smauga?) rozdajemy górnikom kupione wcześniej liscie koki, którymi Ci ochoczo wypychaja policzki i dalej jak chomiki drążą korytarze. Korytarze udekorowane flagami, serpentynami i kwiatami! „To pozostałości karnawału. Górnicy przenoszą go też pod ziemie”. Na końcu jednego z tysiąca odnóg odnajdujemy posąg… diabła. Tutaj w każdy pierwszy piątek miesiąca gromadzą się górnicy prosząc o spokojny miesiąc pracy, i w ostatni piątek miesiąca dziękując za przeżycie. W prezencie przynoszą papierosy, kwiaty, liście koki i… 98% alkohol. Kilka kropel na ziemie na cześć Pachamamy i potężny łyk w swoje gardła. Picie czystego alkoholu ma sprawić, że będą mieli urodzajny miesiąc i wydobywać będą wyłącznie czyste minerały (jak tylko wszyscy pobudzą sie z pijackiego snu).

20170503_095633

20170503_115320

20170503_103520

20170503_105008

20170503_111156

20170503_112233

20170503_131214

Jeden ze sklepów dla górników, w których kupisz wszystko – od koki po dynamit

Każdy to wie, ale nikt nie mówi tego otwarcie. Góra rząda krwi. Liczne wypadki nigdy nie przyjmowane są z okrzykiem radości, ale powodują spokój w sercach żyjących górników. Kiedy przez długi Czas nikt z górników nie umiera, do wnętrza góry zaciągane są Lamy, tam zabijane, a ich krwią zraszane ściany.

Korytarze Śródziemia robią potężne wrażenie. Podziw dla siły i detereminacji górników (biorąc pod uwagę średnie zarobki rzędu 2000zł) i przerażenie dla warunków w jakich pracują. Z pokolenia na pokolenie ta góra to jedyne źródło utrzymania ponad 200tysięcznego miasta. Pokładów starczy tylko na 20 lat. Co potem? „Potem dynamitem wysadzimy siebie i swoje rodziny” mówi mój przewodnik, a w jego styranych oczach jak srebro lśnią łzy.

20170504_075302

Miasto w cieniu góry zostawiłem za sobą przerzucając sie do jednej z dwóch (sic!) stolic Boliwii – Sucre! Zabrałem ze sobą górniczy pył, wieczorny mróz i… laskę dynamitu, którą kupiłem na targowisku dla górników. Kupić tam można wszystko co potrzebne pod ziemią – od kilofów i kaloszy, przez liście koki, po dynamit właśnie. Niezabezpieczone laski leżą pomiędzy pomidorami, a ziemniakami. Jedna laska kosztuje 2,5zł, razem z zapalnikami cały ładunek (którym można wysadzić m3 skały albo czyjś samochów), kosztuje 10zł. I tak w niedzielnym porannym słońcu, w oparach pieczonych placków i parzonej kawy, z dzieciakami biegajacymi wokół stóp, kupiłem laskę dynamitu, dwa zapalniki, kilo bananów i trochę chleba. Przytulony nocą do mojej nowej laski słucham czy nie syczy. Na razie nie mam pomysłu co z nią zrobić, ale mam mocno wybuchowe sny 🙂20170503_091818

TAGS
RELATED POSTS

SOCIAL COMMENT

LEAVE A COMMENT