Kostaryka

Wzgórza śmierci i nieistniejące drogi. A u celu i tak czeka drugi człowiek

By on 20 stycznia 2018

26-30.12.2017. Tres Rios. 127,3km /// 1084,58km

Po zejściu z Cerro Chirripo zżerał mnie głód tak wielki, że w San Isidro wskoczyłem do marketu i zawaliłem wózek toną jedzenia. W tym 15 jajkami na super promocji, które odegrają jeszcze swoją szczególną, nieoczekiwaną rolę. Dlatego wózek stracił większość swojej zwrotności, a zdobył dodatkową masę przypominając średniowieczny taran 😀 Wychodząc z miasta wyglądałem jak rycerz ciągnący na oblężenie jakiejś fortecy albo bezdomny menel. Niepotrzebne skreślić 😀

Tak czy siak jeszcze nie wiedziałem na co się z tym wózkiem ładuje. Bo szczyt góry o romantycznej nazwie Wzgórze Śmierci, sięga 3491m npm. A droga, która miałem przepchnąć swój cygański tabor przebiegała prawie przez samiuśki szczyt. Dlatego dwa kolejne dni PERMANENTNEGO wtaczania wózka na szczyt zapamiętam na długo. Przedziwne doświadczenie iść dwa dni naprawdę cały Czas pod górę. Kiedy mijałem wsie i ludzi uwieszonych na płotach, wpadali w pewien dysonans i niebezpieczne drganie. Bo z jednej strony widzą białego, więc jakby widzieli worek z ludzkiej skóry wypełniony pieniędzmi. Ale z drugiej ten biały pcha dziecięcy wózek obleczony czarną folią, który wygląda jak życiowy dorobek bezdomnego. Tych dwóch rzeczy za bardzo nie mogą ze sobą połączyć, dlatego wpadają w odrętwienie kiedy ich mijam. I wyobrażam sobie, że kiedy znikam za zakrętem oni budzą się z transu i myślą, że widzieli zjawę, albo mają majaki z powodu nieświeżej fasoli 😀

Po drodze zaliczałem obowiązkowe postoje z powodu Tour de Kostaryki, które akurat przewalalo się przez tę samą górę. Oczami wyobraźni widziałem jak peleton wylatuje zza zakrętu rozbijając się o mój wózek jak fale o skały. Dlatego prewencyjnie przeczekałem wariatów na dwóch kółkach i swoje trzy popchałem dalej.

Ci panowie obiecali też czekać na mnie na 3 km przed kołem podbiegunowm 😀

A dalej czekały na mnie malutkie wioski, w których rozbijałem się na noc. W jednej z nich, Division, ugościli mnie jak króla. Dali jeść, ciastka, kawę, miejsce do spania (właściciel blaszanej wiaty nawet ją przejechał miotłą żebym miał czysto!), worki jeżyn, a nawet wcisneli siłą do kieszeni trochę pieniędzy! Niesamowicie gościnni ludzie! Aż ciężko było mi opuścić te cudowne, wietrzne 4 kąty, w których żyje 200 osób. Ale Czas było ruszyć na szczyt!

Noc przed kościołem

Widoki powalały, ale…

… warto też było patrzeć pod nogi 🙂 Droga żywi, a to najlepszy tego przykład. Keczup i majonez z Maca. Z tego można ukręcić sos! 😀

Pierwszy 1000km na piechotę!

Heiner, Jorge, Marco Antonio i ja. Trójka, która sprawiła, że we wsi Division czułem się jak w domu! Podarowali kawę, ciastko, mleko z ryżem, jeżyny i…

…. miejsce do spania! Właściciel tej blaszanki nawet przeleciał ją dla mnie miotłą 😀

Jeszcze tylko łyk wieczornego widoku

Kiedy w końcu resztkami sił, smagany wiatrem, deszczem i depresyjnymi myślami, do niego dotarłem – cieszyłem się jak dziecko! Krzyczałem jak szalony! I jakby na hejnał, na samiuśkim szczycie… wywaliłem na środek drogi 11 jajek! Dbałem o nie, troszczyłem się, a tu jeb! Pobiegałem między samochodami, i z resztek szybciutko ukręciłem na szczycie jajecznice. Takie to było zdobywanie szczytu 😀

Gdzieś niedaleko szczytu. Nieważne, że po drodze pot i łzy. Na szczycie radosć!!!!!

Za to schodziłem jak król życia. Wyprostowany i uśmiechnięty machałem do kierowców. Obraz szczęścia i radości. Ale że schodziłem ze szczytu kolejne dwa dni to i one wywiał zimny wiatr, opatuliły chmury i mgły. Zimno było niesamowicie i całkiem niebezpiecznie! Na każdym zakręcie zastanawiałem się czy jakiś wariat nie postanowi mi pomóc popychając mnie do przodu swoim zderzakiem. Z każdym krokiem byłem jednak co raz niżej, bliżej grzejnika zwanego jądrem ziemi i szerokiego, bezpiecznego pobocza.

Idąc widzisz więcej. Od dawna nikt tego pomnika nie odwiedział, bo każdy tylko śmiga szybko w samochodzie. Miejsce upamietniające katastrofę lotniczą z 1974, w której zgineli wojskowi lecący z Hondurasu do Panamy „w misji specjalnej”. Jakiej misji?

Uwaga! Niebezpieczna curva! 😀

Wioska na jednym zdjęciu. Sklep, bar i kościół

To się nazywa dziura w jezdni! Powstała dwa miesiące temu i miejscowi twierdzą, że naprawią ją może za kolejne trzy 😮

Marco ze sklepu z odzieżą używaną. Chciałem kupić spodnie, wypatrzyłem jakieś za 3000 Colones. „Dużo, nie możesz mi dać jakiś rabat? 2500 Colones?”. „Dobra, zapłacisz 1000 Colones. Albo wiesz co? Masz je za darmo! I jak chcesz to dam Ci pudełko truskawek!” 😀

Dosłownie na oparach sił fizycznych wtaczam się do Cartago. Tu już czekał na mnie Esteban, host z Couchsurfingu, w domu którego rzuciłem kotwicę na kilka kolejnych dni.

30.12.2017-03.01.2018. Tres Rios.

Esteban i jego mama Teresita to niesamowicie gościnni ludzie. Ciepli, troskliwi i całkowicie bezproblemowi. Coś pieknego! Razem z Estebanem zrobiliśmy rajd na stolicę, San Jose, która niestety nie powala. Trochę przypominala mi stolicę Paragwaju, Asuncion. Jasne, na mój odbiór tego miejsca może wpływać fakt, że byliśmy tam pierwszego stycznia, kiedy kraj budził się z alkoholowych oparów. Ulice świeciły pustkami, a pozamykane na cztery spusty sklepy powiększały wrażenie porzucenia. Jak w każdym postapokaliptycznym klimacie tak i tu przeżyły jakieś zmutowane osobniki, w postaci meneli, narkomanów wykrzykujących na rogach bez zażenowania swoją ofertę psychoaktywnych środków, i całej rzeszy innych podejrzanych typków. Prawda, że jest całkim sporo terenów zielonych, ale z małą ilością samej zieli, w zamian kostki brukowej. Architektura też nie powala. Miasto nie ma charakterystycznego starego miasta, a co ciekawsze budynki porozrzucane są po całym mieście. Style i kolory mieszają się tworząc pomieszanie z poplątaniem. Wyczuwa się, że to miasto ma coś w sobie, coś tam w nim kipi, ale ani Czasu, ani specjalnie chęci na odkrywanie tego nie miałem. Za to były chęci żeby wskoczyć do kina na finlandzki film 😀

Razem z Estebanem i Teresitą też pożegnaliśmy stary rok i powitaliśmy nowy. W Kostaryce jednak nie ma imprez plenerowych i koncertów podczas Sylwestra. Wszyscy chowają sie po domówkach, o północy wychodzą na ulice wywalić petardy i kilka flaszek, i spowrotem pod dach. Więc i my zjedliśmy kolację, powspominaliśmy rok i… poszliśmy spać. Dzień jak co dzień. Dla mnie też sylwester stracił trochę swojej magicznej mocy. Rok, w moim prywatnym kalendarzu, kończy się i zaczyna 14 lipca, kiedy wyruszyłem w świat 🙂

 

4-5.01.2018. El Cacao. 51,7km /// 1136,28km

Pod dachem Estebana spędziłem całe 6 dni pełne nic nieróbstwa. I bardzo dobrze! Odpocząłem po 3 górach zdobytych w ekspresowym tempie i przypomniałem sobie, jak szybko Czas ucieka w normalnym, domowym życiu. Ale droga uzależnia bardziej od domowych kątów, dlatego powiedziałem „do zobaczenia” i ruszyłem dalej.

Miasto San Jose to jedynie część gigantycznego kompleksu sklejonego z niezliczonej ilości miast i miasteczek, tworzących organizm stolicy Kostaryki. Spojrzałem na mapę i wiedziałem że będzie problem. Z mieszkania mojego hosta, na drugą stronę stolicy (a przynajmniej tak mi się wydawalo) miałem ok.50km, dlatego po drodze Esteban załatwił mi checkpoint w domu swojego kolegi. Najpierw jednak do tego domu musiałem dojść, a nie było to proste zadanie.

Prawda, że paragwajskich, boliwijskich i częściowo peruwiańskich miejskich dżungli nie przebije już chyba nic na mojej drodze. Normalnie przez kipisz na ulicach przeskakiwałem jak żaba z 8bitowej gierki. Ale wtedy miałem tylko plecak, a teraz pchałem cygański tabor. Po ulicy strach iść, a coś co nazwać można chodnikiem pełne jest dziur, rusztowań, rur, śmieci i cholera wie czego jeszcze. Co chwila monstrualnej wielkości skrzyżowania bez sygnalizacji. Ile się kółek nakreciłem i ile kilometrów nadrobiłem wiem tylko ja (i chłopaki z warsztatów samochodowych którzy znudzonym wzrokiem obserwowali moje samobójcze próby).

Szedłem dwa dni i jeszcze nie wyszedłem z miasta! Cały Czas wzdłuż drogi jakieś zabudowania. Zaczęło mnie to męczyć. Pojawił się też problem noclegu, bo o ile pierwszej nocy zatrzymałem sie u kolegi Estebana, to drugiej swój kąt musiałem znaleźć. Słońce zachodzi, a na poboczu nieprzerwana ściana chałup. Kręcą sie podejrzane typki, a koscioła, straży czy policji, gdzie mógłbym zapytać o nocleg ani widu ani słychu. W końcu krajobraz jak nożem uciął i pojawił się kawałeczek jakiegoś pola. Zbawienie! Zamieniłem sie w buszującego w zbożu, wgryzłem trochę w pole i jakoś przespałem noc wypełnioną huraganowym wiatrem.

6-7.01.2018 Sarchi Norte 21km /// 1157,28km

Już nie ide autostradą ale malutkimi dróżkami pomiędzy wsiami i miasteczkami. Górek, rzeczek, spadków i wzniesień co niemiara, ale idzie sie jakby lżej. Może dlatego że cały Czas jest na czym oko zawiesić? We wsiach zaskakuje poziom życia. Całkiem konkretne domy, fajne samochody. Wsi spokojna, wsi wesoła, chociaż jakby trochę zamknięta. Ludzie może i mniej kontaktowi niż na południu, ale nadal równie zdziwieni na mój widok. Czasami patrzą z otwartymi ustami i nie potrafią wydusić słowa 🙂 A w miasteczkach nadal bez zmian – najciekawszy punkt to główny plac. Cała reszta to poukładane niskie budownictwo, względnie zadbane ulice i cała masa sklepów i sklepików. Tu naprawdę może się żyć całkiem znośnie!

Motorower. Da się? Da się!

Poza autostradą idzie się ciężej ale na pewno ciekawiej, bo co miasteczko to jakaś niespodzianka. Myślałem, że do wielgachnych kościołów w malutkich mieścinach już się przyzwyczaiłem. Dlatego kiedy w miejscowości Grecja kolejne strzeliste wieże chciały przebić niebo, jakoś specjalnie mnie to nie zaskoczyło. „Fajne” myślę, ale… coś tu nie gra. Podchodzę bliżej i nie mogę się powstrzymać żeby nie zapukać w ścianę. Blacha! Cały Kościół jak gigantyczny statek zrobiony jest z blachy! W środku i na zewnątrz 😀 W środku ludzie czuć muszą sie jak szprotki w puszce. Kościół dla wyznawców metalu 🙂

We wsi Sarchi na placu znajduje największy na świecie wóz zaprzęgany do wołów. Różnokolorowy jak ten pchany przez krisznowców na Woodstocku. Ale po co? Na co? Tego nie wie nikt. I w sumie chyba nikt nie pyta 😀

Zaraz potem poznaje Stevena, Josue i Alfredo, trzech kumpli z tej mieściny. Gadamy, pijemy, dołączają się ich znajomi i nagle na placu znalazło się 30 osób, a noc ostatecznie spędziłem w domu Stevena 🙂 poznałem jego super gościnną rodzinkę, razem powspinaliśmy się na jedną z górek, wieczorem ogrzaliśmy sie przy ognisku i z nowymi przyjaciółmi w pamięci powędrowałem dalej 🙂

8-9.01.2018 Ciudad Quesada 52,7km /// 1209,98km

Znowu jakby niekończące się wsie, z absurdalnie wielkimi kościołami. Ruszam najkrótszą ścieżką aby dobić do drogi nr. 35 zaznaczonej na niezastąpionej maps.me pomarańczowym kolorem. Zawsze oznacza to ścieżkę dobrej jakości. Autostradę, dwupasmówke, a na pewno jakąś główną trasę. Dzięki niej miałem jak tunelem Czasoprzestrzennym przelecieć obok gór i górek, i nie przewalać się przez rzeki i rzeczki. Gdybym tylko wiedział co mnie czeka na tej „pięknej, jasnej, prostej” pomarańczowej trzydziestcepiątce, to bym z uśmiechem ładował bym się do tych rzek…

A w jednej ze wsi… Deklaracja Miłości! 10 przykazań wyznawanych przez mieszkańców, a traktujących o miłości do Boga, prawdy, wolności, uczciwości itd

Cmentarze w Kostaryce można pomylić ze sklepami z płytkami

 

Jeszcze przed 35. kończy się mi się asfalt pod nogami i zaczynam orać żwir. Bywało lepiej, ale zaciskam zęby i idę przed siebie we mgle szukając mojej pomarańczowej ścieżki. Cisza, spokój, w myślach zawodzi wiatr. Nie wygląda to dobrze. Ale w końcu… jest! Widzę między drzewami rzekę asfaltu! Dobra nasza! Z uśmiechem na ustach idę na jej początek i ten uśmiech powiesiłem na zamkniętej bramie. „Teren budowy”. No k****!!!! Wieszam sie na bramie. Tak blisko i tak daleko… Przecież żeby teraz wrócić musiałbym przeorać kolejne kilometry żwiru i kamieni! Mniejsza o mnie, ale bałem się o wózek 🙁

Wiedzie droga przez wieś…

… i sie nagle kończy.

Jeszcze miałem szanse uciekać….

I wtedy z samochodu wychodzi ochroniarz. Opowiadam mu swoją historię i pytam czy da sie przejść prosząc żeby mnie wpuścił. A ten otwiera brame, zaprasza i uspokaja, że będzie mi się świetnie szło, bo droga jeszcze bez ruchu, a i same wsie wzdłuż świeżego asfaltu. Jezus mu było na imię, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem że to jakiś przebrany diabeł. Jeszcze miałem możliwość wrócić ale… ten asfalt tak ciągnął!

Pierwsze 10km jak marzenie. Jak z podręcznika inżyniera dróg i mostów. Cisza spokój. Mgła dodaje jakiś posapokaliptyczny klimat. Ale żeby był postapokaliptyczny klimat najpierw musiała być apokalipsa. I w końcu na nią trafiłem. Ktoś ukradł asfalt, ubite podłoże i uregulowane brzegi. Jak nożem uciął kończy się gotowy odcinek i zaczyna prawdziwe bagno. Woda i błoto sięgają mi do kostek. Wózek po przeraźliwie stromych zboczach zaczyna się zsuwać w niezabezpieczoną przepaść. Jakbym nie był dostatecznie mokry z potu zaczyna siąpić drobny deszcz. Zapada zmrok, a ja nie mam gdzie spać. Zaraz obok mnie w lesie słychać jakiegoś goryla! Myślałem że umrę ze strachu… Jestem po środku niczego (a może w środku kupy), siąpi deszcz, po kostki mam błoto, a w lesie dziki zwierz. I pękła mi dętka! Nosz urwał nać! I crem de la crem. Dochodzę do mostku, którego nie ma :.( Jeszcze go nie wybudowali, a na brzegu leżały tylko jakieś metalowe części. Tego już było za dużo jak na jeden dzień. Znalazłem jedyny wolny kawałek bez błota, wrzuciłem się brudny, zły i mokry do środka i zacząłem z naniesione gliny lepić sny.

Rano sprawdziłem brzeg i wąską ścieżką zsunąłem się na dno rozpadliny. Ślizgałem się jak głupi ale pod bacznym okiem roboli w gumiakach wdrapałem z drugiej strony. Na szczycie widzę… asfalt! Koniec mordęgi! Idę za zakręt, a tam… koniec asfaltu 😀 400m czarnej rzeki i znowu 5km błota, kamieni i łez. I tak co chwilę. Ekipa która miała wyasfaltować proste kawałki i zakręty wyrobiła się na Czas, ale ta od mostów już nie. Cały odcinek do Ciudad Quesado ma ok 60km z czego z asfaltem raptem 20 parę. „Będzie Ci się dobrze szlo” słyszę Jezusa w myślach. Tjaaa to chyba droga przez czyściec.

Pierwsze znoszone buty. Przetrwały 1202km. Cześć ich pamięci!

Jednak każdy czyściec kiedyś się kończy. Asfalt miasta przywitałem rytualnym tańcem szczęscia 🙂

 

TAGS
RELATED POSTS

SOCIAL COMMENT

LEAVE A COMMENT

Arkadiusz 'trapez' Winiatorski
AMERICAS

My travel from Fire to Ice - from Tierra del Fuego to Arctic Circle. Hitchhiked life with a backpack and... stones which wants to go back home :)