Argentyna Boliwia Brazylia Chile Ekwador Kolumbia Paragwaj Peru Urugwaj

Stopem przez Amerykę Południową. Co i jak, gdzie i za ile.

By on 15 października 2017

Międzynarodowy port lotniczy El Dorado w sercu Bogoty. Godzina 22:54. Cielsko metalowego ptaka, który przeniesie mnie ponad Darien Gap (160km dziewiczej dżungli na granicy kolumbijsko-panamskiej), wzbije się do lotu rano, następnego dnia. Przede mną ostatnia noc w kokainowej krainie. Snuje się po pustawym wnętrzu hali odlotów, jak Tom Hanks w filmie Terminal, i szukam miejsca do spania. Kawałek wolnej podłogi znajduje w końcu przy szybie, za którą na uwięzi śpią stalowe potwory o rozłożystych skrzydłach (czy samoloty śnią o elektrycznych owcach?). Myje zęby w toalecie, rozkładam śpiwór, plecak klinuje pomiędzy sobą a filarem, i… nie potrafię zasnąć. Patrzę na drzemiące samoloty, a w myślach przelatuje 15 miesięcy, które spędziłem w Ameryce Południowej. Widzę twarze spotkanych ludzi, czuje smak jedzonych konserw, kolejny raz zalewam się potem na pustyni i skuwam andyjski lód z mojego namiotu. Podsumowuje co i jak, gdzie i za ile. Podsumowuje moją przygodę z Ameryką Południową.

Moje opinie i oceny są ekstremalnie subiektywne. Może bliskie prawdy, a może spowodu odwiedzania takich a nie innych miejsc, przygód, noclegów i spotkanych ludzi, od tych prawd leżące tak daleko jak Księżyc od Ziemi 🙂


KRAJE – DNI – KILOMETRY

Przejechane kraje:

  • Europa (Polska > Niemcy > Francja > Hiszpania > Portugalia)
  • Afryka (Maroko)
  • Ameryka Południowa (Brazylia > Paragwaj > Urugwaj > Argentyna > Chile > Boliwia > Peru > Ekwador > Kolumbia)

14 lipca 2016 roku zaczęła się moja podróż, która mam wrażenie że nie skończy się już nigdy. Stopem przejechałem z Żor do Lizbony, stamtąd samolotem do Casablanki, a z Afryki do Ameryki Południowej. Po 27 dniach spędzonych w Rio de Janeiro, gdzie przykładałem wolontariackie ręce do organizacji olimpiady, zacząłem się toczyć na południe. Najdłużej turlałem się przez Argentyne (78 dni) natomiast najkrócej przez maciupeńki Urugwaj (18 dni). Czy to szybko czy wolno? Wydawało mi się, że jadę w odpowiadającym mi tempie. Nie na tyle szybko, aby kraj zapamiętać jedynie jako rozmazaną plamę widzianą z pędzącego samochodu, ale znowu nie tak wolno żeby zgrzybieć w jednej z wiosek po środku niczego. Za głównego przewodnika miając tripadvisor i podpowiedzi wujka Googla na moje pytanie „co warto zobaczyć w”, odwiedziłem w każdym z krajów ok.80% wszystkich polecanych miejscówek. Rzucałem tam kotwicę na 2-3 dni i jechałem dalej. Więc jesli planujecie przylecieć za Wielką Wodę możecie rezerwować mniej więcej tyle dni na każdy kraj ile ja tam spędziłem. Jasne, można szybciej i można wolniej. Grunt żeby we własnym tempie 🙂

Żałuję trochę Kolumbii. W Panamie czekała na mnie praca w hostelu, dlatego musiałem się tam pojawić dokładnego dnia. Czyli na całą Kolumbię miałem jedynie miesiąc chociaż ten kraj ma do zaoferowania wystarczająco dużo miejsc, żeby orać te kraine od wschodu do zachodu, od północy do południa, i ciągle odnajdywać ukryte perełki. Podobnie z Brazylią. Ale że mam stąd kilka kamyków, dlatego na pewno jeszcze tutaj wróce 🙂


KOSZTY

Obniżałem koszty jak tylko mogłem. Przez 15 miesięcy zapłaciłem tylko raz za transport – za łódź z Tarapoto do Iquitos w Peru, którą płynąłem w głąb dżungli 5 dni. W dużej większości nie płaciłem za noclegi (a jeśli już to wyłącznie za najtańsze lochy). Kupowałem najtańsze jedzenie. Na początku w marketach. Od Boliwii, kiedy pojawiło sie tanie jedzenie z ulicznych budek, jadłem na bruku. Czasami użądzałem freeganizmowe rajdy na restauracyjne resztki. Od Argentyny praktycznie nie kupowałem alkoholu (poza kilkoma przypadkami kiedy spotykałem Polaków, przedstawicieli innych narodów słowiańskich, albo po prostu właściwy moment. Na szczęście/nieszczęście nie było ich zbyt wiele 😉 ). Nie piłem trochę z powodu ceny trunków (które Czasami równały się cenie obiadu), a potem już z przekonania. Jadąc przez Argentyne i Chile wsypałem w siebie 83 najtańsze, obrzydliwe konserwy! Ku widocznemu niezadowoleniu mojego żołądka… Nie kupowałem ubrań, a moje 8 letnie sandały obrósł pustynny kurz i mase historii. Czasami ktoś podarował mi jakieś ciuchy, a Czasami (jak to było na przykład w Ushuai na Ziemi Ognistej) znajdowałem ubrania na przystankach autobusowych, poboczach itp. W większości wypadków nie kupowałem pamiątek. Za najlepsze uważam wspomnienia, znajomości, wywiezione kamienie i znalezione tablice rejestracyjne 🙂

Oszczędzać mogłem na rzeczach materialnych, ale nie na doświadczeniach duchowych. Dlatego wpakowałem cały stosik pieniędzy w muzea, galerie i parki narodowe. Wchodziłem prawie wszędzie. Negatywnie zaskoczyło mnie pod wtym względem Peru, gdzie nawet wejscei do kościołów było płatne. A chyba najpozytywniej Ekwador gdzie prawie wszystkie muzea i galerie jakie odwiedziłem były… darmowe! Najdroższy bilet za jaki zapłaciłem (nie tylko podczas wyprawy ale i podczas całego mojego życia) to wstęp do Parku Narodowego na Wyspie Wielkanocnej. Całe 80 amerykańskich dolarów! Nie żałuje jednak ani złotówki poświęconej na wejściówki. W takich miejscach jest się prawdopodobnie raz w życiu (albo wróci się tutaj za wiele lat kiedy niewiadomo czy to miejsce jeszcze będzie stało) dlatego warto zobaczyć to na żywo. Bo żadne zdjęcie czy film nie odda piękna, tajemnicy, majestatu etc. świata.

Oszczędzałem jak mogłem ale i tak trochę złotych dukatów wydałem. Przez 15 miesięcy z mojego konta zniknęło 10813,40zł. Zniknęłoby trochę więcej, ale bilet lotniczy na Wyspę Wielkanocna postawil mi mój brat 😀 Gdyby nie on pewnie nigdy nie mógłbym zobaczyć się z moimi pozostałymi kamiennymi braćmi o równie wysokich czołach co ja 🙂 Momentami jechałem na oparach, w innych miejscach szalałem i jadłem na obiad dwie konserwy. Jasne, pewnie i można taniej, a zdecydowanie można drożej.

Najdroższym krajem w Ameryce Południowej, gdzie sypiąc monety za nawet najtańszy chleb sypałem też obficie swoje łzy, był Urugwaj. Małe to, a takie drogie! Ale równie ciężko było w Argentynie i Chile, zwłaszcza na południu.

Najtańszym krajem gdzie czułem się jak Wezyr, był Paragwaj. Ale zaraz za nim Boliwia i ukochane Peru! Na mojej drodze już chyba nigdzie uliczne jedzenie nie będzie tak tanie jak w cieniu Machu Picchu. No bo gdzie zjecie dwudaniowy obiad z deserem i napojem za 5 złotych? Paradoks polega na tym, że w tym taniutkim Peru i Boliwii musiałem sie odżywić po Argentynie i Chile, i jadłem jak szalony. Wszystko! Ulicami szedłem jak kombajn mieląc absolutnie każdą budkę z jedzeniem (a na pewno każdą gdzie można było kupowac domowe ciasta na kawaki. Cena jednego, gigantycznego jak moje czoło wynosiła 1,22zł!). Dlatego wydałem tam w przeliczeniu na dzień zdeeeeeeecydowanie za dużo.

Jest jeszcze jedno niechlubne „naj” bez którego nie można podsumować Ameryki Południowej.

Najtańsze narkotyki. Wiadomo, Kolumbia. Marihuanę i kokainę rozdaje sie na ulicach jako prezenty. A jeśli ktoś się uprze i będzie chciał kupić, to może dostać 2-3gramy marihuany za 2złote, a gram kokainy za ok5zł. Całe inne narkotykowe spektrum do dostania u handlarzy na każdym rogu.

Najtańszy alkohol. Peruwiańskie trago, czyli bimber z trzciny cukrowej. My kupowaliśmy 625ml za 2,66zł. Sprzedawca gumowym wężykiem zasysa przezroczysty płyn z 40litrowych beczek, jak paliwo z baku, i rozlewa do plastikowych buteleczek po wodzie mineralnej. Niestety trzeba to w miarę szybko pić, bo błyskawicznie przechodzi smakiem plastiku i smak kiepskiego bimbru zamienia się w coś co może sprawić że przestaniemy widzieć 😉

Najtańsza broń. Paragwaj. Facet oferował klamkę za 30 dolarów + paczka nabojów za 2 kolejne. Tutaj ludzkie życie warte jest tyle ile wydaje się w Stanach na obiad. Kupno broni nie stanowi tutaj najmniejszego problemu. Niestety.

Najtańsza kobieta. Żeby spędzić całą noc z dziewczyną w Kolumbii trzeba zapłacić ok. 20złotych. Kiedy mówiłem im ile kosztuje godzina z prostytutką w Polsce, chwytali sie za głowę i mówili, że za takie pieniądze tutaj mogę mieć całą wieś kobiet na wyłączność 😀 A tak na serio to problem prostytucji jest tutaj widoczny w każdej, nawet najmniejszej wiosce, gdzie aż roi się od Czasami ok 15 letnich dziewczyn oferujących się na sprzedaż jak mięso u rzeźnika.


AUTOSTOP

Najtrudniej łapało mi się stopa w Urugwaju i Boliwii. W Urugwaju czekałem w jednym miejscu 24 godziny, a pojechałem dalej tylko i wyłącznie dzięki pomocy kierowcy ciężarówki. Facet, tylko tirowcom znanym gestem, zatrzymał 18 kołowe monstrum. Potem przekonał Roberto za kierownicą żeby zabrał nas dwóch. Pomimo tego, że łapałem cały dzień, od 8 do 20, powodem do świętowania było jeśli w Urugwaju przejechałem 100km dziennie! W Boliwii problemem byli kierowcy, którzy co prawda się zatrzymywali, ale zawsze chcieli za podwiezienie pieniądze. Na szczęście na 7-10 takich co chcieli zarobić trafiał się jeden, który zwyczajnie chciał pomóc.

Najłatwiej łapało sie w Paragwaju. Kiedy człapałem poboczem ludzie sami zatrzymywali się i pytali gdzie mnie podwieźć. Tu też zaliczałem najbardziej szalone autostopy – na dziesiątkach motorków, na pace gigantycznych wywrotek, platformach, trzymajac się jedynej liny żeby nie spaść z przeładowanych pack pickupów itp. Czyste, pozytywne szaleństwo!

Najdłużej łapałem stopa 3 (słownie: trzy) dni w północnej części Argentyny, w regionie Salta. Około godziny drogi od Paso de Jama, jednego z najwyżej położonych przejść granicznych na świecie, a oddzielającego Chile od Argentyny. W pewnym momencie do zakrętu drogi przyklejona była malutka wioska. Wybrałem najlepsze w tych warunkach miejsce do łapania, rzuciłem plecak, wyciągnąłem KUNa (Kciuk, Uśmiech, Nadzieje) i zacząłem łapać. Po trzech nocach spędzonych na sianie w rozpadającym się budyneczku, który stał nieopodal, z uśmiechu została pozioma kreska, z nadziei fala przekleństw, a podniesiony kciuk zamienił sie w garść kamieni którymi punktowałem co dalsze cele. Może nie czekałbym tak długo gdyby w tych dniach nie przypadały święta wielkanocne i te nieliczne samochody, które mnie mijały nie były wypakowane rodzinami, jedzeniem i całym innym dobytkiem wiezionym nie wiadomo skąd, gdzie i po co. Kiedy pisze nieliczne mam na myśli 8 (słownie: osiem) samochodów na dobę! Widziałem je z daleka, dlatego leżąc i opierając się o barierkę ochronną miałem wystarczająco dużo Czasu żeby obserwować zachowania stadne alpak ciągnące w korycie wyschniętej rzeki, zmiany wiatru w zależności od pory dnia, dramaty miejscowej ludności kiedy zapijaczony Jorge rozbił sie na motorze, romanse wymykających się zakochanych par. Udało mi się nawet pomóc jakiejś parce naprawić samochód! /Niestety jechali w przeciwnym kierunku.

Jeszcze chwila i kierowcy międzymiastowych autobusów ustanowiliby przy mnie nowy przystanek. Przystanek Gringo. Przed śmiercią uratowała mnie… grupka Polaków! Zatrzymała się niedaleko mnie szukając drogowskazu. Kiedy usłyszałem znajomą mowę pobiegłem krzycząc w niebogłosy żeby mnie ratowali. Myśleli że ktoś mnie goni! A to goniła mnie wizja kolejnych dni spędzonych w tej dziurze 😀

W pozostałych krajach autostop jak w Europie. Czasami trochę sie stoi, ale zawsze jedzie się do przodu. Największe odległości zdecydowanie można robić w Argentynie. Przejechanie 1000km w jednym samochodzie to żaden wyczyn. Ale… po co? Dla mnie za szybko, dlatego dziennie nie robiłem więcej niż 200-300km.

Najniebezpieczniejsze autostopy zaliczyłem w Paragwaju (kiedy jechałem z narkotraficante kupującym przy mnie nielegalnie broń), północnym Chile (jadąc 140km/h w dół górskich serpentyn 51 tonową ciężarówką) i w Boliwii (kiedy podczas oberwania chmury, w nocy suneliśmy 120km/h ciężarówką bez świateł). Wtedy naprawdę się bałem! Zdecydowanie najlepszymi kierowcami są Chilijczycy. Przestrzegają sygnalizacji świetlnej, pasów, zatrzymują się przed przejściami dla p/ieszych. To naprawdę robi wrażenie! Za to podium najgorszych kierowców zajmują Ci z Boliwii, Peru i Kolumbii. Nie wiem tylko kto na którym powinien być miejscu. Pewne jest jedno – łapiąc stopa w wolnej chwili warto spisać swój testament 🙂

Najwyższy punkt na który wjechałem samochodem: 4800m w drodze do przejścia granicznego Paso de Jama. Ledwo, bo ledwo ale chrzęszcząc i trzeszcząc wtoczyliśmy się jakoś czterokołowym rzęchem na szczyt. Inną sprawą było to, że ta droga prowadziła do przejścia granicznego, a ja jechałem w nocy z przemytnikami. Dlatego prawie że na szczycie ładnie podziękowałem i już na piechotkę (na szczęście z górki) łapiąc oddech jak ryba wyjęta z wody zszedłem pod graniczny szlaban.

Najwyższy szczyt na który wszedłem: 5100m npm., szczyt Rainbow Mountains w Peru

Najwyższe „szczyty” odwiedzonych krajów, które zdobyłem: Cerro Tres Kandu w Pragwaju (842m npm) i Cerro Catedral w Urugwaju (caaaałe 513m npm!!!)


NOCLEGI

Najczęściej namiot rozbijałem w Argentynie (60 razy), a najmniej w Ekwadorze (10 razy). W większości krajów nie było z tym nigdzie problemu. Policjanci radzili rozbijać się przy ich posterunkach, a lokalsi nie robili zamieszania nawet kiedy rozbijałem się na głównym placach miast i miasteczek. Czasami byłem tak zmęczony, że nie chciało mi się szukać miejsc poza rogatkami, dlatego swój wigwam rozbijałem pod drzewem na ryneczku 🙂

Problematyczne było Chile, gdzie rozbijanie się w miejscach publicznych jest zabronione. Chilijscy muchileros opowiadali mi jak nie raz musieli płacić mandaty. Mnie z dwóch spotkań ze stróżami prawa wybawiła biała jeszcze wtedy skóra. Chyba myśleli że nie mówię po hiszpańsku 😀 Ale jakby na przekór w miejscowości Futaleufu rozbiłem się pomiędzy informacją turystyczną, a posterunkiem policji 🙂 Nic na to nie poradzę, że tam akurat była najlepsza miejscówka. Znalazło mnie tam dwóch chłopaczków odkładających jakąś drabinę, ale tylko się uśmiechneli, pokazali na gliniarzy, kciuk do góry i… cisza aż do rana.

Z Couchsurfingu nie korzystałem zbyt często, bo ciężko było mi określić nawet w przybliżeniu date kiedy pojawię się w danym miejscu. Czasami nie było neta, a Czasami nie chciało mi się wazelinować żeby ktoś mnie przyjął pod swój dach. No i nie mam zweryfikowanego konta, czyli moge wysłać tylko 10 zapytań na tydzień. Fakt jest jeden – w całej Am Płd jest bardzo dużo couchsurferowych hostów. Inną sprawą jest, że nie zawsze są aktywni i nawet w tak dużych miastach jak Santiago, stolica Chile, czy Cali, jedno z większych miast w Kolumbii, wolnych kanap jest naprawdę niewiele. Poza jedną nocą spędzoną w Brazylii, aż do Chile ani razu nie zapłaciłem za nocleg. W pozostałych krajach płaciłem tylko w naprawdę dużych miastach kiedy inne metody zawodziły. Dlatego najczęściej, bo 6 razy, z hostelu jako ostatniej deski ratunku korzystałem w Kolumbii. Może i dobrze, bo z ostateniego oprócz wspomnień wywiozłem też… wszy 😮

Kilka nocy spędziłem w tzw. „innych” miejscach. Nie, nie w domach publicznych, więzieniu ani nie porwali mnie kosmici. Zazwyczaj pod swój dach zapraszali mnie przypadkowo spotkani na ulicy, w barach i w samochodach lokalsi. Czasami ktoś mnie polecał, ktoś oferował swój warsztat, sklep czy samochód. Ani to klasyczny CS, ani namiot, więc ląduje w kategorii inne. Nie pamiętam już każdej nocy, ale chyba najdziwniejsze miejsce to kontener na granicy chilijsko-argentyńskiej, służący jednocześnie za sklep. Tej nocy nadeszła tak GIGANTYCZNA nawałnica, że policja jeżdżąc po okolicy obowiązkowo zabierała namiotujących do miasta. Naszego kontenera (naszego, bo była ze mną urodziwa kasjerka) nie porwał wiatr chyba tylko dlatego, że był przymurowany do podłoża.

Zaliczyłem dziesiątki opuszczonych budynków, kilka wysypisk śmieci, przystanki autobusowe, trawniki przed sklepami, kompleksy świątynne i wiele wiele wiele innych dziwacznych miejsc. Będzie o czym opowiadać 😀


JEDZENIE

Świat można poznawać na wiele sposobów. Można patrzeć, można słuchać, można wąchać i można smakować. Miska jedzenia to nie tylko kilka kęsów służących zapełnieniu głodnego brzucha. To także człowiek, który ją przygotowuje, miejsce w którym dostajemy potrawę i sposób, w jaki zostaje podana. W misce jedzenia można czasami wyczytać więcej niż w najlepszym przewodniku. Dlatego buszowanie po ulicznych garkuchniach jest jednym z moich ulubionych zajęć. I w każdym kraju szukałem charakterystycznego smaku, który zostaje na długo w pamięci 🙂 Jeśli mam wybrać jeden/dwa smaki z każdego kraju, którez apadły mi najbardziej w pamięci, to lista wygląda tak:

Brazylia:

  • CAIPIRINHA. Brazylijski koktajl alkoholowy na bazie alkoholu z trzciny cukrowej, zwanego cachaça. Najlepsze w Rio de Janeiro, w dzielnicy Lapa. Pyszna, tania, mocno zdradziecka rzecz 🙂

  • ACAI NA TIGELA. Potrawa z mrożonego musu z owoców euterpy warzywnej (açaí) zmiksowanymi z guaraną, posypany granolą lub muesli i podawany jak koktajl w szklance lub w misce, zwykle z bananami lub innymi owocami.

Paragwaj:

  • CHIPA. Pieczone oponki wykonane z wymieszanych: mąki lub skrobi maniokowej, zmielonego lokalnego twardego sera i mleka. Praktykowane jest także nadziewanie kulki kawałkiem twardego sera lub kawałkiem ugotowanego manioku.

  • SOPA PARAGUAYA. Dosłownie „paragwajska zupa” chociaż w 100% to… ciasto. Nikt nie potrafił mi wytłumaczyć dlaczego to nazywa sie zupą 😀 Mąka kukurydziana, ser, mleko i gotowe! Smaczne i baaardzo pożywne.

Urugwaj:

  • ASADO. Szeroko pojęte pieczonki. Na placach, w knajpach, we wsiach i miastach. To państwo spływa zwierzęcym tłuszczem.

Argentyna:

  • FERNET. Gorzka wódka ziołowa – we Włoszech zwana amaro. Składa się z wyciągu ponad 40 ziół, m.in.: mirry, kardamonu, aloesu, szafranu, rumianku, rabarbaru oraz alkoholu destylowanego z winogron, dodatkowo jest ona koloryzowana na ciemny kolor za pomocą karmelu. Pite zawsze z colą i lodem. W Buenos Aires obcina się w połowie butelkę po wodzie mineralnej, miesza fernet, cole i lód, i tak w kółeczko popija na koncertach, na pikniku, w piątkowe wieczory etc. 🙂

  • DULCE DE LECHE. W Polsce nazywany kajmakiem. Bardzo słodka, gęsta, ciągliwa, twardniejąca z czasem masa powstała podczas gotowania mleka lub śmietanki z cukrem.

Chile

  • MARISCOS. Owoce morza. Chyba najlepsze jadłem na chilijskim wybrzeżu. Być w tym kraju i nie odwiedzić rano lokalnego portu to zbrodnia 🙂
  • TERREMOTO. Drink charakterystyczny dla Santiago, stolicy Chile. Mieszanka białego i najczęściej taniego wina, z gałką lodów ananasowych i kieliszkiem mocniejszej wódki albo grenadyny

Boliwia

  • CHICHA. Rodzaj napoju alkoholowego wyrabianego przez Indian z rejonu Andów, który istniał już w czasach imperium Inków. Jest wytwarzany ze specjalnego gatunku kukurydzy. Ziarna bogate w skrobię są żute aż do uzyskania konsystencji ciasta, które jest suszone i umieszczane w ciepłej wodzie, gdzie działanie amylazy ślinowej dobiega końca. Wtedy dodaje się zakwas i rozpoczyna się fermentacja.

Peru

  • CEVICHE. Rodzaj sałatki z owocami morza. Tradycyjne ceviche przyrządza się, zalewając surową, posiekaną rybę sokiem z cytrusów (najczęściej limonki), z dodatkiem cebuli, papryczki chili i soli, i pozostawiając do krótkiego zamarynowania. Ceviche zwykle podawane jest wraz z przystawkami takimi jak słodkie ziemniaki, sałata, kukurydza, awokado lub banan aby podkreślić smak.

Ekwador

  • CHLEB. Nawet w namniejszych piekarniach można znaleźć kilkadziesiąt rodzajów chleba. W jednej z wiosek znalazłem ponad 50 gatunków pieczywa! Pieczywo, które zaskakuje konsystencją, wkładami, wykorzystaną mąką. Dodatkowo każdy region, a nawet poszczególne miasta, mają swoje charakterystyczne gatunki, które spróbowac można tylko tam. Zaraz po polskim, to chyba najlepszy chleb na świecie! Obowiązkowo!

Kolumbia

  • AGUAPANELA. Ciepły napój przygotowywany z wody i paneli (cukru wytwarzanego z trzciny cukrowej), do których dodaje się sok z limonki i ser mozzarela. Nic tak nie rozgrzewa w chłodne kolumbijskie poranki jak aguapanela 🙂

  • AREPA. Rodzaj małej tortilli przygotowanej z mąki kukurydzianej. Ma okrągłą, spłaszczoną formę i od 10 do 20 cm średnicy. Arepa stanowi dodatek do różnych dań, na wzór chleba. Poza tym często spożywana jest bez dodatków, przy czym najbardziej rozpowszechnioną postacią jest arepa nadziewana różnorakimi składnikami. Stanowi bardzo ważny składnik śniadania i kolacji.

Chyba najdziwniejsze rzeczy jakie jadłem to smażony kajman, białe larwy robaków drzewnych, zupa paragwajska (która tak naprawdę jest stuprocentwoym… ciastem) i uśmiechająca się do mnie świnka morska. A tak generalnie to najsmaczniejszym krajem było Peru. Różnorodność posiłków i kulinarne wpływy z Chin, Arabii, Hiszpanii i całej Amerki Południowej smakowicie powalają! Niebo w gębie!


BEZPIECZEŃSTWO

Wydaje się że całą Ameryke Południową można podzielić na dwie części. Bezpieczne i poukładane południe, no i chaotyczna narkotykowa północ. Brazylia (może przez to, że była pierwszym krajem po tej stronie Wielkiej Wody przez który jechałem) wydawała mi się niebezpieczna. Dużo broni, nie tylko w dużych miastach. W Foz de Iguazu ktoś strzelał przed moim domem, o Rio de Janeiro i Sao Paulo lepiej nie wspominać. Duża ilość narkotyków. Podobnie w Kolumbii. Napady, mnóstwo broni, a o torby z narkotykami aż można sie potykać. Dużo podejrzanych typów nie tylko w dużych miastach.

Dla równowagi Argentyna i w Chile, w których jest bezpiecznie jak w Europie. W Paragwaju i Urugwaju nie ma zupełnie turystów dlatego jak ktoś zobaczy tam białego to przeciera oczy ze zdumienia, a nie myśli jak by go napaść. Peru też wydawało mi się bardzo bezpieczne. W Ekwadorskiej części Andów cisza jak makiem zasiał chociaż ludzie mówią, że na wybrzeżu (na które nie zjechałem) miejscami jest niebezpiecznie.

Reasumując.

Najbezpieczniej w Argentynie, chociaż całe pasmo Andów też wydaje się bardzo bezpieczne

Najniebezpieczniej w Kolumbii (gdzie dwóch gości próbowało mnie okraść z maczetą, a od innych backpackerów słyszałem o ich spotkaniach ze złodziejami. Nawet jadąc na pace samochodu nie ma się pewności czy kiedy samochód zwolni ktoś nie wskoczy z ulicy z nożem i nie zechce autostopowicza napaść). Zawsze są wyjątki od reguły, dlatego w bezpiecznym Peru jest jeden niebezpieczny punkt – stolica. Tam też mnie napadli i tym razem skutecznie okradli.

Ile razy mnie napadli w trakcie całej podróży? 2 (w porywach 3). Dlaczego w porywach trzy? Bo pierwszy raz w Antofagaście w Chile jakiś kieszonkowiec ukradł mi w autobusie telefon. Czy to podchodzi pod napaść nie jestem pewien. Za to dwa następne jak najbardziej. Najpierw dwóch gości w Limie, którzy chcieli mi obciąć głowę i ukraść plecak, ostatecznie kradnąc nóż i troche dolarów, a zostawiając moją głęboko pociętą ręke. A potem dwóch podobnych ze swoją koleżanką maczetą  w Santa Marta w Kolumbii. Tym na szczęście nie udało się mnie oskurować z niczego.

Co ciekawe we wszystkich krajach ludzie mówili mi, że ich ziemia jest niebezpieczna i żebym uważał. W Kolumbii takie ostrzeżenia wydają mi się jak najbardziej właściwe. Ale w Paragwaju? W Argentynie? Nie potrafię skleić tych państw z przestępczością. Może lokalsi czerpią wiedzę tylko z telewizji, gdzie zawsze pełno jest przerysowanych mordów i grabieży, a może po prostu miałem duuużo szczęścia.


ROZWÓJ

Najbardziej rozwiniętymi krajami są zdecydowanie Argentyna (pomimo kryzysu), Chile i Brazylia. Drogi, policjanci w pełnym umundurowaniu (w przeciwieństwie do innych krajów gdzie chodzą w adidasach albo z plecakami Hello Kity), interent na każdym placu i stacji paliw, monitoring, dobre samochody, śmietniki, chodniki, ławki (co w innych krajach wcale nie jest takie oczywiste) itp. W tych miejscach spokojnie można znaleźć miejsca gdzie można poczuć się jak w Europie.

Zdecydowanie najbardziej zacofanymi są Paragwaj, Urugwaj i Boliwia. Tam są miejsca gdzie pokonanie 100km głównej drogi krajowej zajmuje 3 godziny. O innych wyznacznikach rozwoju nie wspominając.

Gdzieś pomiędzy plasują się Peru, Ekwador i Kolumbia. Jasne, każdy z tych krajów ma miejsca mniej i bardziej rozwinięte, ale lista z krajami w takim pożądku nasuwa mi się automatycznie na myśl

Co mnie bardzo zaskoczyło to znaczne różnice rozwoju pomiędzy sąsiadującymi ze sobą krajami. Przed przyjazdem miałem wizję Ameryki Południowej raczej jako monolitu. Różnych krajów, ale o podobnym stopniu rozwoju. A tu guzik! Wskakujesz z Brazylii do Paragwaju i czujesz się jakbyś oglądał kolorowy, płaski telewizor plazmowy, i nagle ktoś Ci go zmienił na czarnobiałego Rubina. Kiedy wjeżdżasz z Peru do Ekwadoru czujesz się jakbyś wrócił do cywilizacji. Pamiętam jak fascynowały mnie trotuary, śmietniki i ledowe lampki na ekwadorskich plazach 😀 I tak w wielu miejscach. Przekraczasz granicę i czujesz się jak Alicja wskakująca do króliczej nory.

Podobnie z kwestią językową. Myślałem, że język hiszpański jest mniej więcej taki sam w każdym kraju. Ale to byłoby za proste! W każdym kraju ludzie mówią inaczej, z innym akcentem, naleciałościami. Nie wspominając juz o całej masie języków lokalnych – keczua, ajmara, guarani. weź to zrozum! W dwóch krajach można używać dwóch różnych słów do opisywania tej samej rzeczy! Albo słowa zmieniają swoje znaczenie. Cyrk na kółkach! Dlatego za każdym razem kiedy przeskakiwałem granicę musiałem się uczyć hiszpańskiego na nowo 🙂

Chyba najlepszą stolicą było Buenos Aires. Komunikacja, tereny zielone, architektura, interesujace miejsca do zobaczenia, bezpieczeństwo, dużo kultury i sztuki, edukacja. Zupełnie jak w Europie! I może dlatego najbardziej mi się podobała? Miłą wizje wywiozłem też z Quito, stolicy Ekwadoru. Za to najgorszą stolicą było zdecydowanie Asuncion, stolica Paragwaju. Duże, brudne, nijakie w smaku, jak ścierka do podłogi.


NAJLEPSZY/NAJGORSZY

Najgorsze pytanie jakie można mi zadać: „A który kraj jest najlepszy?”. Bo każdy miał coś dobrego i złego. Wszedzie spotkałem cudownych ludzi i tych spod ciemnej gwiazdy. Ale całościowo chyba najbardziej oczarowało mnie Peru. Cudowni ludzie, przepiękne krajobrazy (od strzelistych gór, przez pustynie na wybrzeżu, po amazońską dżunglę), przepotężne dziedzictwo przodków i zakręcona historia, przepyszne jedzenie i bardzo bardzo bardzo niskie ceny. No i autostop działał bez większych problemów. Brakowało trochę infrastruktury i sztuki, aaale nie można mieć wszystkiego 🙂

Najgorszy kraj to Urugwaj albo Boliwia. Zamknięci ludzie, z którymi bardzo trudno znaleźć wspólny język. Przesączeni stereotypami, a Czasami wrodzy. Autostop praktycznie nie funkcjonuje. W Urugwaju strasznie wysokie ceny i prawie zerowa ilość miejsc do odwiedzenia. W Boliwii opłakany stan infrastruktury wszelakiej – zaczynając od dróg, a kończąc na śmietnikach (są miasta bez ani jednego śmietnika!) co przekłada się, że to zdecydowanie najbardziej zaśmiecony kraj Ameryki Południowej. Górskie szczyty pomylić można z wysypiskami śmieci, a niekończące się wały odpadków wzdłuż drogi potrafią zasłonić widoki na wiele kilometrów.


ZESTAWIENIE

Kliknij aby powiększyć 🙂

TAGS
RELATED POSTS

SOCIAL COMMENT

LEAVE A COMMENT

Arkadiusz 'trapez' Winiatorski
AMERICAS

My travel from Fire to Ice - from Tierra del Fuego to Arctic Circle. Hitchhiked life with a backpack and... stones which wants to go back home :)