Kolumbia

Dobrzy, źli i szaleni

By on 7 października 2017

Z krzaków za Medellin, w których się rozbiłem zabiera mnie kilka samochodów, a w końcu Roberto, 26 letni letni kierowca, który jak twierdzi pracuje za kółkiem 10 lat (???). Opowiada o tym jak zajmował się przewożeniem kokainy w swojej ciężarówce. Podejrzanie rozglądam się po kątach, ale nie widze żadnych białych śladów. Najważniejsze, że przewiózł mnie 200km przez góry, chociaż nie bez przygód. Kiedy zapadł zmrok, pytam dlaczego nie zapala świateł. „Bo ich nie mam!” odpowiada ze śmiechem. Aha… Z każdą sekundą robi się ciemniej. Przed nami ściana deszczu i nieprzenikniony mrok za którym kryje się rząd drzew, górskie przepaście i śmierć. A my żeby jej nie spotkać jak ninja przemykamy się prze wsie strasząc chłopów swoim 30tonowym rozpędzonym cielskiem. Widziałem już wiele na drogach Ameryki Południowej, ale dawno się tak nie bałem jak wtedy! Spoceni ze strachu, napięci jak plandeka na naszej ciężarówce, przyklejeni do przedniej szyby wtaczamy się ostatecznie do miasteczka.

Leje jak z cebra, dlatego na strzeżonym parkingu mój kierowca załatwia mi miejsce do spania pod daszkiem. Cieszyłem się jak dziecko, że dojechaliśmy cali i że mam daszek, dlatego zrobiliśmy małą zabawę na parkingu. Roberto zaprosił mnie na kilka piw, na stole pojawił się obiad z towarzystwem flaszki i tak minął wieczór, który zakończyłem telelmarkiem w iście idiotycznym stylu. Bo kiedy już morzył nas sen, a ja rozbiłem swój wigwam, organizm zawołał o swoje fizjologiczne potrzeby i poszedłem szukać toalety. Ale że było ciemno, ściana deszczu, a może i ja zaćmiony trochę procentami, nie zauważyłem kanału warsztatu samochodowego. Jak slapstickowy idiota wpadłem do niego prawie łamiąc nogę. Na szczęście tylko mocno ją pocharatałem, obcierając i obijajac, co leczyło się długo i sam nie wiem czy się już w całości wyleczyło.

W jednej z wiosek widzę jak dwóch chłopaków wyglądających w stylu „Dawaj kasę albo swoje zęby” czai się na ciężarówki na progu zwalaniającym. Kiedy one zwalniają, oni zza rogu przyspieszają i próbują wspiąć się z tyłu na naczepy. Kiedy im się uda jadą za darmo do kolejnej wsi gdzie łażą od człowieka do człowieka i wyciągają kasę. Słyszałem historie jak w identyczny sposób obrabiają takie ciężarówki, a nawet jak zaatakowali moich znajomych, którzy jechali właśnie na pace! Strach jest ale co zrobić.

Jeden z kierowców, który mnie zabrał. Z profilu wygląda jak Arnold Schwarzenegger 😀

I tradycyjne danie, którym mnie uraczył. Tamales, czyli masa z ryżu i warzyw, w którym jest udko kurczaka. A wszystko zawinięte w liściu kukurydzy i tak gotowane w garnku.

W końcu jestem na 50km przed Kartageną. Średnio mogę chodzić, noga boli niesamowicie. Staram się znaleźć ustronne miejsce i rozbijam sie przy płocie jakiejś budowy. Niewiedziałem tego ale poinformował mnie Juan muskając swoją starą maczetą mój namiot. „Chodź pod dach. Tu zmokniesz”. Dałem mu w prezencie kawę, którą dostałem na plantacji na której pracowałem, on zaparzył ja na ognisku w beczce po ropie i tak zleciał nam zachód słońca z koparkami w tle. Rano z kierowcą ciężarówki (pierwszej jaką złapałem w Kolumbii!) jestem juz w Kartagenie. Znowu bez hosta z CS łapie tani hostel i ruszam na miasto.

 

 

Jak to tak, bez kawy? W Kolumbii? Babeczki sprzedające ten boski napój stoją anwet na progach zwalniających i przed bramkami opłat autostradowych. Są wszędzie! I oferują „tinto”, bo tak nazywa się tu kubeczek kawy. Myk polega na tym, że w Argentynie słowem „tinto” opisuje sie wino. Jaki był mój zawód kiedy pierwszy raz w Kolumbii ktoś oferował mi tinto a podawał kawę 🙁

A miasto to przepiękne i przeraźliwie gorące! Chyba jedno z najpiękniejszych i najgorętszych jakie widziałem w Ameryce Południowej! Centrum robi niesamowite wrażenie. Pełne wąziutkich uliczek oblepionych kwiatami, knajpek, ulicznych artystów sprzedających naprawdę niesamowite rzeczy. To tutaj żył i zaczynał swoje literacką kariere Gabriel Garcia Marquez. Urna z jego prochami została złożona na dziedzińcu dawnego klasztoru La Merced w Kartagenie. Zadziwiają kolonialne budynki pamiętające jeszcze napady piratów, oblężenia i zdobywania przez europejskie bandery, które wywoziły stąd pod pełnymi żaglami tony złota. Bo to co dzisiaj miesza się tutaj z porywającą historią tego miejsca. A do tego ludzie. Mimo że to ekstremalnie turystyczne miejsce ludzie wydają się nie być nimi zmęczeni. Wciąż otwarci, pomocni i skorzy do żartów. Fajny klimat! A przecież w ciągu trzech dni które tam spędziłem zwiedziłem tylko centrum! Pozostają dzielnice z wieżowcami sięgającymi nieba i masztami zaglowców dziurawiących chmury. No i plaże! Ich akurat nie odwiedziłem bo jestem idiotą. Miałem pojechać na Playa Blanca. Wpisuje w neta, szukam, widze że jest niedaleko miejscowości Santa Marta więc tam jade. Dopiero na miejscu orientuje się, że Playa Blanca jest w Boliwii kilkanaście, a ta sławna leżała blisko Kartageny 🙁

Jest tak gorąco, że ktoś wystawił pracujący (wolno ale jednak) wiatrak na ulice. Może nie wywoła efektu motyla i w Japonii nie spowoduje huraganu. Grunt żeby tutaj było chłodniej…

Ściany na mnie patrzą

Pomnik zombie żołnierzy

Siedzisz sobie na ławcę w parku, a obok Ciebei ześlizguje sie gigantyczna iguana. Na localsach to nie robi wrażenia, ale mnie smok, który wylądował obok mojej stopy trochę nastraszył

PS. Podobno localsi pod osłoną nocy polują na te iguany

Najbardziej zwariowany uliczny sprzedawca wycieczek jakiego spotkałem. Zasługiwał na wspólną fotę, a co!

Złoto…

No właśnie, Santa Marta i ta cholerna plaża. Przyjechałem tam w nocy dlatego rozbić się na mojej „baśniowej” Playa Blanca. Mijam jakąś grupkę kolesi, a po kilku krokach jeden z nich idzie obok mnie i pyta czy mam kasę. Za chwilę dołącza drugi, tylko że z drugiej strony. Widzę że coś niesie pod koszulką. Mówią żebym dawał kasę jednocześniej wyciągając maczetę. „Wow, wow, wow, tranquilo!” zaczynam krzyczeć. Wydzieram się, że nie mam kasy, nie mam niczego i żeby się odpieprzyli. Cała akcja miała miejsce przy ruchliwej drodze więc czułem się pewniej i wiedziałem, że gdyby coś to ktoś może mi pomoże. A przynajmniej miałem taką nadzieje. Przeskakuje na drugą stronę, za mną ten bez maczety. Rzuca się na mnie i próbuje mnie zepchnąć w jakąś rozpadlinę ciągnącą się wzdłuż drogi. Jakoś go odtrąciłem krzycząc żeby spierd****. Chyba trochę zdziwieni moim zaangażowaniem i sami nie pewni czy czegoś nie mam, trochę odpuścili ale szli wokół mnie w odległości kilku kroków (czytaj skoku i ciachnięcia z maczety). Macham jak oszalały próbując zatrzymać jakąś taksówkę. To jedyna nadzieja, bo jak dołączą do nas ich kumple spod sklepiku to będzie nieciekawie. W końcu wskakuje do żółtej wybawicielki i do kierowcy krzycze żeby mnie stąd zabrał. „Jedź pan gdziekolwiek!”. W hostelu który znalazłem, rozgrzaną głowę ostudziłem zimnym piwem. I doszedłem do dwóch wzniosków.

  • Po ataku w stolicy Peru, kiedy dwóch gości chciało mi podciąć gardło butelką, stałem się bardziej odporny na takie ataki
  • Trzeba kupić gaz. Co zrobiłęm następnego dnia w miasteczku. Poczucie bezpieczeństwa za 15000 pesos.

Całe to miasteczko, Santa Marta, za dnia wcale nie jest lepsze niż pod osłoną nocy. Obdarte uliczki, jacyś łachmaniarze i przeokropny upał. Czemu to miejsce jest polecane sam nie wiem. Inni backpackerzy sprzedający artesanales na ulicy opowiedzieli mi, że kilkanaście lat temu to było piękne miejsc,e ale teraz zabił je przemysł i port zanieczyszczający plaże. Podobno warte odwiedzenia jest górskie miasteczko Minca. Ale moja boląca stopa odradzała mi jeszcze długie wędrówki zwłaszcza pod górkę. Dlatego zebrałem graty i szybko obrałem kurs na stolicę.

Marihuany nie można tu legalnie sprzedawać. Ale ekstrakt z marihuany już tak. Viva Colombia!

 

Do Bosconia dotoczyłem się z ojcem i synem. Początkowo chcieli pieniądze za przejazd, ale kiedy usłyszeli moją historię odpuścili. Po drodze kupujemy całą gałąź bananów, łapiemy gumę w jednym z kół, szukamy nieskończenie długo stacji benzynowej, ale jakoś dojeżdżamy do Bosconii.

Tam w nocy przeżyłem najpiękniejszą burzę w moim życiu. Błyskawicę rozświetlały niebo waląc co kilka sekund. W dół i w poprzek ciągnęły sie białe, połamane kreski. Całe to przedstawienie wydawało się być tak blisko, że powinienem ogłuchnąć od hałasu gromów, ale cisze przerywało tylko kumkanie żab. Znalazłem jakąś budkę i przez okienko oglądałem ten niesamowity niemy spektakl, czekając jak spadnie na mnie ściana deszczu. Ale przez całą noc nie spadła ani kropla i nie zagrzmiał ani jeden grom. Piękne i dziwne jednocześnie.

Stamtąd zabiera mnie za darmo taksiarz, z którym mijam kilka ciężarówek. Kiedy wysiadam i idę na wylotówkę wsi sam z siebie zatrzymuje się obok mnie jeden z metalowych 18 kołowych monstrów, a kierowca krzyczy żebym wskakiwał na pakę. Na pace tira jeszcze nigdy nie jechałem! Trzymałem się kurczowo lin i powietrza żeby nie spać z tego pędzącego rollercostera. Po drodze wskakują też Glenda i Rodrigo z Argentyny i już we trójkę do godziny 12 robimy 300km.

 

Co na to policja? Nic! Kiedy nas zatrzymują do kontroli robią nam fotę i radzą się trzymać. A pamiętając chłopaków którzy na skrzyżowaniach ładują się na naczepy, historię napaści na moich znajomych, a do tego słysząc historię moich kompanów z Argentyny, których też próbowali napaść na jednej z ciężarówek, mocno trzymamy noże i gaz kiedy przejeżdżamy przez wsie. Rozdzielamy sie w San Alberto. Oni chcą jechać dalej, ja chce przyjrzeć się bliżej tej mieścinie. Jak się okazało mieścinie pełnej świętych, wariatów i stołów bilardowych.

Dwie ulice na krzyż i kilka mniejszych odchodzących. Najważniejsze skrzyżowanie wokół którego toczy się całe życie. Kościół, placyk, boisko do nogi. Klasyk. Ale zupełnie nie klasyczni są tutaj ludzie. Takiej gościnności nie spotkałem nigdzie. Idę drogą i słyszę, że woła mnie sprzedawca owoców. „Masz kilka bananów”. Dalej sprzedawca lemoniady daje mi kilka szklaneczek tego chłodzącego napoju. W innym miejscu dostaje kilka empanadas. Siadam na murku i zaraz ktoś podchodzi z butelką Fanty. A do tego wszyscy pozdrawiają, machają, chcą sobie robić zdjęcia. Jakbym wracał z wojny! A do tego najniższe ceny jakie spotkałem w Kolumbii. Nocleg za 10000 pesos, dwudaniowy obiad za 4 złotych. Toż to raj! Rzuciłem kotwicę w sumie na 3 dni. Przecież tę gościnność trzeba nabrać do sloików i wekować, co by starczyło na smutniejsze Czasy!

Black Jesus

San Alberto leży na rozdrożu dróg. Jedną jadą wszystkie ciężarówki ciągnące do stolicy, drugą osobówki z mieszczuchami pędzący na wybrzeże. Backpackerów podobno tutaj co nie miara, a jednak ludzie się nimi nie nudzą.Dlaczego to robią? „Zawsze pomagamy! Przecież jesteście z daleka, trochę jak pielgrzymi. A przecież być dobrym katolikiem to pomagać potrzebującym” odpowiada sprzedawca empanadas, kiedy zajadam podarowane przez niego wypieki. „Bo ludzie z natury są dobrzy, a podarowane dobro zawsze wraca”, mówi obwoźny sprzedawca kawy nalewając mi potężne kubki w wolną rękę wciskając kilka chlebków. Inny zagaduje do mnie z ulicy skąd jestem i co tu robię. Przysiada się i tak rozmawiamy dobre dwie godziny. Malutkie miasteczko, a ten kawiarz ma umysł jak sklep! Rozmawiamy o polityce, ekonomii, problemach świata. Wokół zbiera się cała masa chłopów przysłuchując się naszej dyskusji. Poczułem się jak w starożytnej Grecji, nawet upał był ten sam 🙂 W salonie z motocyklami, obok którego łapałem stopa kiedy już chciałem jechać dalej, dostałem potężną dawkę wi-fi, dwie porcje zupy, wodę, maciupeńką biblię i woreczek z marihuaną. Autostopowy zestaw obowiązkowy 😀 Co by było gdyby cały świat tak wyglądał?

Dawno tutaj tak długo i poważnie nie rozmawiałem jak z tym kawiarzem 🙂

Oprócz tego znalazłem całą masę wiariatów. A to babeczka, która nawija do wszystkich jak nakręcona. A to inna której wycieli kawałek czaszki co chyba powoduje pewne zaburzenia. Jakiś bezdomny backpacker, którego podobno okradli. Zachowuje sie dziwacznie, ale przyczepia sie do mnie jak pies. Trochę się go cykam dlatego gdzieś w uliczce gubię swój ogon.

No i miasteczko pełne zielonych stołów bilardowych. W San Alberto oficjalnie żyje 18278 mieszkańców. Znalazłem tam 12 lokali gdzie można zagrać w bilard, łącznie na 58 stołach. Czyli jeden stół przypada na 315 osób. A stoły te ciągle oblepione są ludzmi. Niektórzy grają, inni sie przyglądają. Profesjonalne rękawiczki, profesjonalne uderzenia. To wylęgarnia prawdziwych talentów kija i bili! Ale kto ich w tej dziurze odnajdzie…

Łapie tam stopa z Wilfred, komiwojażerem sprzedającym części do motorów, z którym jadę dwa dni aż do San Gil. Niby złoty strzał, ale zatrzymujemy się w co drugiej wiosce sprzedając to i owo. Dzięki temu widziałem dziesiątki mieścin jak skopiowanych i wklejonych w boskim planie stworzenia. Prawie identyczne!

Obwoźni mleczarze to też tutaj klasyk

Chociaż widoki pomiędzy wioskami się zmieniały. I to na całkiem znośne 🙂

Wilfred zaprasza mnie na obiad, a kiedy łapie nas noc i ściana deszczu – stawia nocleg w hotelu! Cieszyłem się jak dziecko, że nie muszę szukać miejsca do rozbicia w tej ulewie 🙂 W San Gil znowu dostaje darmowe śniadanie i się rozstajemy. Słyszałem o jakichś cudach w tym miasteczko, a znalazłem… Dużo czerwonych dachówek.

W kolejnej wsi pytam o nocleg w kościele, ale odsyłają mnie do hosteli. Dlatego trzymając kciuki żeby mnie nie zalało rozbijam się na wylotówce. Stamtąd przy dźwiękach muzyczki z zakładu samochodowego zabiera mnie Carlos, w swojej cysternie. „Nie mogę zabierać pasażerów. Ale co tam! Wskakuj, jak zobaczymy policję to się schowasz”. Obdarował mnie przejazdem 100km i darmowym śniadaniem. A do samej stolicy dojechałem z niesamowitym Angelem. Cisneliśmy naszym furgonem torując sobie drogę nielegalnym zestawem sygnałów policyjnych jaki miał w środku. Kupił to ustrojstwo za 80złotych, dokładnie takie samo jakie zamontowane jest w radiowozach. Kiedy stawaliśmy w korku, odpalaliśmy nasze dźwiękowe koguty, przez mikrofon Angel prosił o zrobienie przejazdu i już mkneliśmy dalej. Do Bogoty wtoczyliśmy się like a boss zwracając uwagę wszystkich muzyką z gigantycznych głośników zamontowancyh w kabinie. I tak w rytmie salsy zaczął się mój ostatni krok w Kolumbii.

Prohibido? Jakie prohibido? Co, ja nie pojade? 🙂

 

Tak wygląda jedna z najważniejszych dróg w Kolumbii, łączacej stolicę z wybrzeżem. Dumnie nazywana autostradą. 

 

 

TRASA: https://goo.gl/maps/14n5SKS4KiS2

TAGS
RELATED POSTS

SOCIAL COMMENT

LEAVE A COMMENT

Arkadiusz 'trapez' Winiatorski
AMERICAS

My travel from Fire to Ice - from Tierra del Fuego to Arctic Circle. Hitchhiked life with a backpack and... stones which wants to go back home :)