Kolumbia Panama

Bieg z przeszkodami z Kolumbii do Panamy

By on 28 października 2017

Wtoczyłem się do Bogoty jak nowy król dzielnicy. A to wszystko dzięki kierowcy, który odpalił pełne moce swoich gigantycznych głośników robiąc z naszego dostawczaka jeżdżącą salsotekę. W samej Bogocie czekało już na mnie miejsce u Nicolasa, hosta, którego znalazłem na Couchsurfingu. Mieszkał ze swoimi rodzicami prawie że na obrzeżach miasta, ale i tak miałem dużo szczęścia, że ich spotkałem. Nicolas jest niezwykle kreatywnym początkującym grafikiem komputerowym o absurdalnym poczuciu humoru, a jego rodzice, prowadzący restaurację, ujeli mnie troską i otwartością. Otwarty dom pełen ciepła! Ostatni kolumbijski dom, który stał się metaforą całego kraju.

Razem z Nicolasem i jego ojcem poszliśmy zagrać w tejo – grę mocno charakterystyczną dla Kolumbii. Ale że wszystkie lokale gdzie można w nią było zagrać były zamknięte, dlatego wylądowaliśmy w ulubionym klubie ojca Nicolasa, gdzie grają wyłącznie muzykę z lat 50-80. Niby nic szczególnego, ale takich klubów jest tutaj całe mnóstwo, i wszystkie zapchane są młodymi ludźmi! I telewizorami jak widać. Na każdym malutkim piętrze tego lokalu (a są trzy) wisi po 7 wielkich plazm na których królują muzycy z zamieszchłych lat. Przedziwne miejsce 😀

Nicolas opowiedział mi o konferencji nowych mediów, która akurat się odbywała, a na której pojawić sie mieli między innymi najważniejsi twórcy ze stajni Disneya i Pixara. Przecież nie mogłem tego odpuścić! Zamiast zwiedzać miasto, dwa pierwsze dni spędziliśmy w blaszanym hangarze spijając słowa z ust największych grafików tworzących animacje. Ale i na miasto znalazło się trochę Czasu 🙂

Miasto, które specjalnie mnie nie zachwyciło. Centrum z pustym placem głównym i uliczkami obiegającymi pałac prezydencki. Na jego terenie widziałem za to najbardziej znudzonych agentów ochrony – ktoś z papieroskiem, ktoś z kubkiem kawy, a ktoś inny przewija Facebooka. Gdybym chciał to pewnie mógłbym tam wejść bez żadnej kontroli 😀

Prawdziwe centrum znajduje się na jednej z wyłączonych z ruchu ulic. Zgiełk, hałas, sklepy, galerie, uliczne jedzenie. Klasyk. Wyróżnia się za to ogromna liczba punków, bezdomnych i meneli. Ci leżą pokotem nawet przed najważniejszymi hotelami i rządowymi budynkami, i nikt na nich nie zwraca uwagi. Jakbym się jeszcze raz pojawił w Rio de Janeiro!

Gdzie jest pijak?

Gdzie jest pijak? Środek deptaka. Idealne miejsce żeby się przespać.

Na głównym placu więcej gołębi niż turystów

Żeby zrobić zdjęcie pałacu prezydenckiego bez ogrodzenia, musiałem prawie cały prześlizgnąć się przez skomplikowane pręty. Kręciłem się tam dobre 10 minut, dopiero potem jakiś żołnierz powiedział mi, że nie mogę wchodzić nawet na chodnik po tej stronie drogi. Nie mówiąc już o przechodzenie przez ogrodzenie 😀

Udało mi sie też wysłać kartki pocztowe tym, którzy odpowiedzili na moją propozycję na Facebooku. Ale to nie było wcale tak łatwe, bo instytucja poczty w Kolumbii jest mocno ułomna. Niespotkałem wielkich i charakterystycznych budynków poczty, tylko malutkie skrzyneczki firm prywatnych poupychane w kąty sklepów. Udało mi się jednak kupić pocztówki, stertę znaczków i po dobrej godzinie wypisywania i naklejania, pakiet powędrował w czeluść skrzynki. Mam tylko nadzieje, że wszystkie dojdą…

W rzeczywistości Bogota to miasto na dwa dni. Nie ma zbyt dużo parków, fajnych galerii ani muzeów. Poza jednym, który powinien być obowiązkowym punktem programu w Kolumbii, a może i w całej Ameryce Południowej. Muzeum Złota! Najbardziej strzeżone muzeum w którym byłem. Ale nie ma się czemu dziwić, skoro w środku podłogi aż uginają sie od zgromadzonego kruszca! Najlepszy moment następuje kiedy człowiek w końcu przestanie stać z wywieszonym jęzorem śliniąc gablotę, i uświadomi sobie, że to całe złoto dla ich twórców… przedstawiało jedynie wartość normalnego metalu. Ot złoty, łatwy w kształtowaniu metal, z którego w miarę łatwo jest zrobic biżuterie. Zapewne nie mogli opjąć dlaczego konkwistadorzy wycinali w pień całe wsie żeby zdobyć ich… kolczyki.

Złoto, wszędzie złoto… Ale Czasami o wartości nie świadczy ilość użytego złota, ale kunszt wykonania i… i coś jeszcze. Ta malutka tratwa, wielkości dłoni, jest najdrogocenniejszym eksponatem. Dorabiła się indywidualnej ochrony w postaci smutnego pana z rewolwerem i garści kamer. To chyba najdroższa, bo bezcenna, tratwa na świecie.

Na stolicę zarezerwowałem 4 dni. Wierze, że jak każde większe miasto tak i to skrywa w swoich pokrętnych uliczkach tajemnice do odkrycia. Ale przyszedł Czas, żeby przerzucić się ponad Darien Gap, czyli 160km dziewiczej dżungli oddzielającej Kolumbię od Panamy. Miałem przy tym dużo szczęścia, bo kilka dni przede mną swój lot mieli mieć Wojtek i Seweryn z którymi jeździłem kilka tygodni po Peru. Przyjechali na lotnisko odpowiednio wcześniej, ale… nie wpuścili ich na pokład samolotu! Dlaczego? Bo nie mieli biletu wyjazdowego z Panamy! Musieli przedstawić dowód, że w odpowiednim Czasie opuszczą ten kraj! Chociaż ten zapis oficjalnie widnieje w prawie, to przylatujących z Europy albo ze Stanów Zjednoczoncyh raczej nikt o takie rzeczy nie pyta. Ale na trasie obleganej przez Kolumbijczyków i Wenezuelczyków, Panama musi się jakoś chronić przed imigrantami. I jak widać przed autostopowiczami z Polski, którzy odpowiedniego biletu nie mieli i ostatecznie nie polecieli.

Prawda jest taka, że gdybym to ja leciał pierwszy pewnie też odbiłbym się od bramki, bo nie wiedziałęm o tym przepisie! Dobrze, że o odpowiedniej porze przeczytałem ich posta. Tak czy siak z kupionym najtańszym biletem autobusowym z Panamy do Kostaryki (z którego i tak nigdy nie skorzystam), wydrukiem z konta potwierdzającym, że mam wymagane min 500$ na koncie, przyjechałem na lotnisko wieczór wcześniej. Lot miałem następnego dnia, ale bałem się że nie zdąże, podobnie jak prawie nie zdążyłem na lot na Wyspę Wielkanocną (chociaż teraz byłem trzeźwy 🙂 ). Dlatego przytulony do szyby za którą spały metalowe ptaki, ostatnią noc w Ameryce Południowej spędziłem na lotnisku. Trochę bałem się czy ktoś w nocy nie podrzucił mi do plecaka narkotyków, ale chyba nie skoro pisze te słowa.

Dobrze, że nadając mój plecak zauważyłem tabliczkę, która informowała, że nawet w bagażu rejestrowanym nie można przewozić zapalniczki, dezodorantów ani gazu pieprzowego. Szkoda, zwłaszcza tego ostatniego, ale lepiej wyrzucić je do śmietnika niż… no właśnie? Co by się stało gdybym miał te rzeczy w plecaku? Nie poleciałbym? Mój plecak by nie poleciał? Wezwali by mnie do jego otwarcia? Cholera wie. Na szczęście nie musiałem tego sprawdzać.

Pode mną Darien Gap. Są ludzie którzy próbują pieszo pokonać te 160km dżungli na granicy kolumbijsko-panamskiej. Niektórym się udaje, a niektórzy trafiają na partyzantki, przemytników, jadowite zwierzęta. A ostatecznie na panamskich żołnierzy pytających dlaczego nielegalnie przekroczyło sie granice, moc swoich słów potwierdzając potrząsanym karabinem. Lądem pokonanie tego kawałka zieleni zajmie kilka dni. Samolotem 2 godziny.

W Panamie czekała już na mnie praca w Hostal Las Catalinas. Kilka tygodni wcześniej znajomy podrzucił mi informację, że dwójka Polaków pracujących w tym miejscu, poszukuje kogoś do pomocy przez miesiąc. Dwa razy mi nie mówić! Miałem zapewniony dach przez  kilka nocy! Trzeba było się tam tylko dostać…

Pierwsze zetknięcie z Panamą było… trochę twarde. Oczywiście nie sprawdziłem przed lotem na którym lotnisku będziemy lądować, przyjmując za pewnik, że to będzie lotnisko główne. Ale wychodząc na płytę zamiast terminali zobaczyłem tylko jakieś chaszcze. Okazało się, że wylądowaliśmy na lotnisku trzeciej kategorii w byłej bazie wojskowej wojsk amerykańskich. Obsługa krzyczy, poszturchuje. Chamstwo i prostactwo. Ale pieczątke wbili (przy okazji zebrali moje odciski palców i zrobili zdjęcie), a potem już po wylądowaniu (??) jeszcze raz prześwietlili bagaż. Przekonałem taksiarza żeby z początkowych 40 dolarów zszedł do 15 tysiecy kolumbijskich pesos (ok 20 złotych) za podwiezienie do miasta, wybrałem kase z bankomat (chociaż ile musiałem się nachodzić żeby znaleźć jakiś który akceptował moją kartę!) i w szalonym busiku przetoczyłem sie 80km za rogatki miasta do hostelu.

Co ciekawe w Panamie rząd ustala sztywne ceny na „koszyk podstawowych produktów spożywczych”. Ryż, mleko i Bóg wie co jeszcze. To oznacza, że ceny tych towarów nie mogą być wyższe niż ceny wyznaczone przez rząd. Gospodarka centralnie planowana. Trochę śmierdzi komuną 🙂

Niedzielna msza w… sobotę 🙂 W Panamie mieszka około 4 milionów mieszkańców. Spotkany strażnik na jednej z bram opowiedział mi, że jeden milion stanowią Chińczycy, drugi Amerykanie, trzeci Kolumbijczycy i Wenezuelczycy, a dopiero czwarty to Panamczycy. Mieszanka niezwykła. Ale wpływ Amerykanów widać tutaj najbardziej. Wszystkie automaty telefoniczne, gniazdka, przełączniki, maszyny do lodów itp z angielskimi napisami sprowadzane są prosto ze Stanów. 

Jeden z banków, do których wejście to prawdziwe przeżycie. Po pierwsze każdy bagaż zostaje na zewnątrz w szafce z kluczykiem. Potem strażnik sprawdza ręcznym wykrywaczem czy nie ma się broni. Następnie wchodzi się przez pierwsze drzwi lądując w „śluzie”, gdzie kolejny, całościowy skaner wykrywa co większy metal. Nie przejdą nawet klucze! Dopiero potem można wejść do środka i stanąć w dłuuugiej, niekończącej się kolejce do leniwego urzędnika 🙂

Jedną z pierwszych osób które poznałem w Panamie był Renee. Niezwykle błyskotliwy Jamajczyk, który wychowal się dom w dom z Bobem Marleyem i był świadkiem rozwoju jego kariery. Rozmawialiśmy bardzo długo, a na koniec nie żartując zdradził, że wie na jakich dwóch wyspach karaibskich leży zakopany skarb. Niestety nie chciał tego zdradzić 🙁

W Panamie jeśli nie weźmiesz w sklepie paragonu… to zapłacisz karę! Tak, bo to obowiązek klienta, a nie sprzedawcy jest jego zabranie. Dobre podejście?

W Boliwii spotkałem całe grona czarownic sprzedających zaczarowane mydełka, olejki, świece na każdą okazję. Na kurzajki, na miłość, na zdraddę, na pomyślność w biznesie. Ale sprzedawały to w wyspecjalizowanych sklepach. Tutaj sprzedaje się takie zaczarowane specyfiki w marketach. Leżą zaraz obok pasty do butów.

Jak wyglądał moja praca? Nie, praca to za duże słowo 😀 To ekskluzywne, strzeżone osiedle pełne amerykańskich emerytów, nie specjalnie przyciągało turystów. W tygodniu nie mieliśmy nikogo, dopiero w weekendy przyjeżdżały mieszczuchy ze stolicy złapać trochę słońca. Robiliśmy im śniadania i sprzątaliśmy pokoje. Klasyczny hostelowy tryb. A w między czasie… godziny spędzone w basenie, na plaży, zobaczone trzy sezony Twin Peaks, zabawy z tukanami i gadającymi papugami. Chill i relaks 🙂 Miesiąc minął szybko i przyszedł Czas na powrót do stolicy i sprawdzenie co w kanale panamskim piszczy.

80$ za noc. Gdybym tu nie „pracował” to nigdy nie mógłbym sobie pozwolić nawet żeby o takim miejscu pomyśleć 😀

 

TAGS
RELATED POSTS

SOCIAL COMMENT

LEAVE A COMMENT

Arkadiusz 'trapez' Winiatorski
AMERICAS

My travel from Fire to Ice - from Tierra del Fuego to Arctic Circle. Hitchhiked life with a backpack and... stones which wants to go back home :)